Media: świńska grypa, UFO i Krzyż.

Trzecia notka związana z tematem patriotyzmu, na przykładzie tego, co dzieje się aktualnie w mediach.

Mam dużą ochotę zacząć od opisu swoich przeżyć i uczuć, które się rodzą w związku z tym co oglądam i czytam o tak zwanym „konflikcie wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu (w Warszawie)”. Cała ta sprawa, a raczej przekaz mediów o niej, wzbudza bardzo wiele, bardzo różnych odczuć. Zresztą po to ten przekaz jest i nie mam tu na myśli „teorii spiskowych”, że po to aby odciągnąć naszą uwagę od tego, że podnoszą nam podatki i będą większe podwyżki, czy żebyśmy zapomnieli o innych aferach (hazardowa, Smoleńsk czy inne). Mam na myśli zwykłe obserwacje tego, jak funkcjonują tzw. masmedia w dzisiejszym społeczeństwie psychologicznym, jakim jesteśmy coraz bardziej.

My się dziś bardzo mocno przesunęliśmy w kierunku wartościowania rzeczywistości głównie emocjami, wobec tego, aby zapewnić sobie uwagę odbiorców, każdy nadawca stara się przykuć nas do tego co mówi, głosi czy oferuje w sprzedaży, właśnie silnymi emocjami. Samo zjawisko to nie nowość, ale jego skala i ślepa wiara nadawców w moc takiego przekazu, jest już nowością.

Przypomnę, że całkiem niedawno, zaraz po katastrofie pod Smoleńskiem, niektórzy dziennikarze przyznali, że nie są i nie byli obiektywni. Szczególnie gdy chodziło o postać byłego prezydenta (L. Kaczyński). Teraz brak obiektywizmu oczywiście nie zniknął. I nigdy nie zniknie, bo to wynika wprost z teorii komunikacji. Nadawca w komunikacji nigdy nie jest poza jakimkolwiek światopoglądem. Kto twierdzi, że mówiąc coś do ludzi, nie ma na mysli żadnych wartości, zwyczajnie kłamie. Lub jest na tyle bezmyślny, że powtarza coś, ze znaczenia czego sam sobie nie zdaje sprawy. Inną sprawą jest pozostawienie odbiorcom wolności w ocenie głoszonych treści i swobody decyzji. I to tego drugiego aspektu zaczyna coraz bardziej brakować w naszej komunikacji jako społeczeństwa psychologicznego. Po prostu my coraz bardziej zdajemy się funkcjonować jak stare, mało kochające się małżeństwo, czy rodzice wobec swoich dzieci, kiedy niby druga strona ma prawo decydować jak chce, ale wiadomo, że jak wybierze inaczej, to będzie awantura albo „ciche dni”.

Wyciągając informacje o wydarzeniach, o faktach, z tego całego przekazu o „skandalu krzyża”, wygląda to dla mnie mniej więcej tak.
Po niezwykłym, zagadkowym i niepojętym wydarzeniu katastrofy lotniczej na terenie prawie od zawsze wrogiego nam państwa, w której ginie nasz prezydent z żoną, ostatni Prezydent na uchodźstwie, dowództwo naszej armii i wielu, wielu ważnych dla funkcjonowania Państwa ludzi, katastrofa o której zagraniczne media mówią, że jest to wydarzenie jedyne takie, jak dotąd, w historii, następuje kilka dni wielkiego wzburzenia. Media na całym świecie znów mówią o Polsce (śmierć JPII wcześniej), Polacy w kraju i zagranicą spontanicznie gromadzą się, aby po prostu być razem, delegacje z ponad 100 krajów zapowiadają swój przylot na pogrzeb naszego prezydenta, z Rosji docierają coraz bardziej sprzeczne informacje dotyczące katastrofy, w internecie zaczynają krążyć filmy, zdjęcia i opinie udowadniające, że to był zamach, ludzie na ulicach palą znicze, wystawiają zdjęcia pary prezydenckiej, czasem innych, którzy z nimi zginęli. Zaczyna się kilka dni takiego dziwnego napięcia i skupienia Polaków i uwagi świata na całej sprawie. Podobne zresztą jak przy innych tego typu „wielkich” wydarzeniach. I podobnie jak na przykład przy ataku na WTC, czy przy trzęsieniu ziemi na Filipinach, ludzie modlą się, stawiają figurki, krzyże.

Potem jest kampania wyborcza na nowego prezydenta, w tle kilka krótko komentowanych decyzji i podpisów marszałka sejmu, pełniącego obowiązki prezydenta po śmierci dotychczasowego, a po wyborach nagle okazuje się, że jeden z ustawionych przez ludzi krzyży jest szczególnie ważny. Jedni „spontanicznie” czuwają w tym miejscu pilnując aby nowy prezydent nie stracił z oczu tego symbolu, drudzy zupełnie „neutralnie” chcą zadbać o odpowiedni poziom „bezstronności” tego kawałka ulicy w Warszawie.

Za jakiś czas widzę jak Polacy biją Polaków za to, że są bardziej „polscy” albo „europejscy” niż ci drudzy. Agresja werbalna tam na ulicy, w mediach, nasi bliscy kłócą się z nami, ze swoimi rodzinami, ze współpracownikami, młodzi ludzie plują na ulicy w twarz starszym, w dodatku kobietom! Jedni drugich wyzywają od najgorszych, ktoś komuś daje po gębie, prezydent naszej stolicy zgadza się na nocną manifestację, która odbywa się jako „radosny happening”, który jest znowu według naszego premiera przykładem godnym naśladowania w „podejściu do wiary z humorem” itd… A nasze media wszystko to chętnie filmują, komentują i rozpatrują. Politycy mówią, że to nie jest polityczne, dziennikarze zapomnieli o tym, że jeszcze niedawno, jak przyznawali, bywali nieobiektywni, jedni księża milczą jakby nigdy nic, ale się choć modlą, inni nawołują do krucjaty.

A Państwo się pytacie dlaczego mamy takie kłopoty w miłości? Dlaczego w małżeństwach dziś tak często są kłótnie, rodzice nie szanują dzieci, dzieci gardzą „starymi”?

A czy my mamy inne wyjście? Jakąkolwiek stację tv lub radio włączyłem ostatnio, słyszałem, że mam nienawidzić moherowych beretów lub lewicowych pederastów. Generalnie mam nienawidzić i mam się opowiedzieć po którejś stronie. Tak wygląda dziś miłość ojczyzny: mam nienawidzić tych „gorszych Polaków”.

Jako teoretyka mediów i psychologa agresji, to zjawisko właśnie niepokoi mnie najbardziej. Dziennikarze, a przez to media, są stronniczy wobec opcji politycznych i światopoglądów. Ale dziś zaczynają być stronniczy wobec nas, obywateli, czyli swoich odbiorców. Każą jednym z nas co najmniej nie lubić drugich, mówią kto jest lepszy, kto gorszy. A przy okazji każą wierzyć w świńską grypę i UFO. Tak wygląda dziś patriotyzm. Dziś nie kocha się Ojczyzny i rodaków, szanując ich i własną wolność. Dziś patriotyzm to głosowanie na „Odpowiednią Partię”.

W ramach zdrowego podejścia z humorem do spraw konfliktowych i trudnych, żart graficzny (nie wiem czyjego autorstwa).

czarne skrzynki

Szaleństwo Powstania

Trochę kontynuując wątek. Wychowany w propagandzie komunistycznej i z nieszczególną sympatią do nauki (i tak zakłamanej) historii w szkole, o Powstaniu Warszawskim nie wiedziałem nic.

Gdzieś może po 80-tym roku, w paśmie telewizji edukacyjnej widziałem jakieś wzmianki. I tyle. Dopiero mieszkając w Warszawie miałem szansę cokolwiek zrozumieć. To naprawdę jest miasto na krwi i grobach zbudowane. Ziemia obficie nawożona trupami, albo popiołami z trupów, miasto gruzów, które w dużej części są przysypane po prostu nawiezioną ziemią i na tym zabudowane na nowo.

Swoją drogą bardzo interesujące było i jest dla mnie obserwowanie tego jak w tym mieście ścierają się ze sobą duchy przeszłości i niby-nowoczesności. Czyli tradycja i martyrologia z domieszką mesjanizmu versus post-modernizm w wydaniu socrealizmu przemalowane dzisiejszym konsumpcjonizmem. Jedno chce opomnikować i otablicować każdą bramę, zaułek i plac, składać wszędzie wieńce i palić znicze; drugie wykasować wszystko łącznie z pamięcią ludzi, weteranami (i emerytami przy okazji z ulic), zburzyć wszystko co passe i zabudować jeszcze raz kolejną odmianą 200% normy i postępu - czyli biurowcami alá metal i szkło, a cmentarze usunąć pod nowe linie metra i drogi szybkiego ruchu. Tak bardzo zresztą potrzebne w tym mieście.

Przy okazji kolejnych rocznic temat Powstania Warszawskiego jest ożywiany w mediach i, zależnie od nastrojów, raz przeważają głosy o wielkim bohaterstwie i słuszności całej sprawy, raz o wielkiej głupocie i poświęceniu żyć wielu, bardzo wielu, spośród nas w imię polityki.

Pomagam teraz pewnemu młodzieńcowi, który ma zdiagnozowaną schizofrenię, poukładać trochę jego wyczucie rzeczywistości. Najchętniej wybrałby którąkolwiek ze skrajności, bo tak, zdaje się, byłoby mu najprościej. Wiedziałby co robić dalej, jak żyć. To samo dotyczy nas wszystkich – naszej kultury. Wydaje się, że nie da się stać okrakiem, jedną nogą w przeszłości, a drugą iść ku „nowocześności”, trzeba się zdecydować. Inaczej nogi się nam rozjadą i tyle. Zresztą kochana psychologia chętnie idzie nam z pomocą „musisz jasno określić swoje cele, poznać swoje pragnienia i zdecydowanie i konsekwentnie iść za tym i się realizować”.
Moim zdaniem ta sprzeczność – tradycja vs nowoczesność – jest pozorna. Metaforycznie mówiąc, nie ma problemu w tym, że jedną nogą tkwię w przeszłości, a drugą już wyrywam się w daleka przyszłość, bo od miłości nie są nogi, tylko serce. A o miłości ojczyzny, o patriotyzmie tu mówimy. Jest tak, jak nieraz mówią: historia jest najlepszą nauczycielką – tego jak budować przyszłość również.

W każdym razie, słuchałem dziś tego klekotania czy Powstanie było „ok”, czy „ble” i zdałem sobie sprawę z tego, że nasze zrywy podczas śmierci poprzedniego papieża i teraz, po katastrofie pod Katyniem, w zasadzie niewiele odbiegają od tego zrywu Powstania Warszawskiego i innych. Nie każde powstanie było przecież długo przygotowywane i planowane. Powstania „wybuchają”, bo ludzie dają się ponieść doświadczeniu czegoś ważnego i czegoś cennego dla nich. Czasem nie do końca to wiedzą. Po prostu doświadczają i idą za tym całym sercem. Broń tylko inna - kosy, karabiny, butelki z benzyną, dziś szczekanie i plucie słowami przeciwników na antenie tv czy radia… I tak jak wtedy uczestnicy i obserwatorzy, tak i dziś komentatorzy, politycy, media, a w przyszłości historycy, próbują lansować w imię swoich interesów oceny takich zrywów. „Słomiany zapał”, „nic to nie zmieni”, „samobójcza decyzja”, „bezsensowna śmierć”, etc. Głosy, które próbują nauczyć nas, że w życiu nie ma sensu szaleć ani walczyć.

Na szczęście czasem ktoś przypomni, że miłość wymaga takich zrywów, szaleństwa ryzyka wszystkiego, własnego życia też. A uleganie wątpliwościom i niby samozachowawczym teoriom, jakoby nie było warto, w zasadzie zabija tylko moją umiejętność kochania. Czasem trwale.
Pewnie, po co mieć nieobliczalnego ukochanego? To takie niewygodne. Albo nieobliczalny naród? Grupę konsumentów?

Jako ilustrację nowoczesnych przemian, a także wartości stempelków na dokumencie i tego co na to wszystko serce, Krecik w mieście.

Smoleńsk, Kaczyński, media i miłość

To jest wpis, który próbowałem napisać od momentu katastrofy. Umieściłem zarys i kilka razy dopisałem po trochu. Jest chyba najbardziej „blogowy” z dotychczasowych. Czyli coś na kształt „drogi pamiętniku, 10.kwietnia.”

Chyba miałem szczęście. Ten dzień dla większości z nas był wyjątkowy. Obiektywnie był dla wszystkich, ale spodziewam się, że pewna grupa ludzi nie zauważyła w jego przebiegu nic nadzwyczajnego dla siebie i przez to mogli tylko myśleć, że znów „Polacy pogłupieli” przez wiadomości o tej katastrofie. Ja miałem o tyle szczęście, że sam tok dnia pomógł mi zauważyć niebanalność chwili.

Przyjechałem akurat na zajęcia i miałem mówić na nich o etyce pracy w psychoprofilaktyce. Miałem to tak zaplanowane, że najpierw odwołuję się do Konstytucji RP jako podstawy, z której wynikają szczegółowe zasady pracy z ludźmi. Oczywiście nasza konstytucja wynika z wcześniej przyjętych zasad etycznych, te znów okrzepły w toku naszych doświadczeń zbiorowych i zapisały się między innymi w tradycji. O tym też miałem mówić.

Przyjechałem jeszcze przed wschodem słońca, po długim śniadaniu pojechałem w kierunku uczelni. Po drodze zatrzymałem się w centrum handlowym. Kiedy szedłem pasażem podszedł do mnie jakiś człowiek. Oczywiście, pomyślałem, chce kasy na wino. Jednak bardziej chciał pogadać. Nie spieszyło mi się, więc oprócz gotówki wymieniliśmy się kilkoma słowami.
Generalnie uderzył w ton „bo Panu to się tak powodzi, a mi nie”.
Na co ja: „Pozory mylą. A dba o mnie żona”. I spojrzeniem zapytałem go o jego kobietę.
- Nie zgadnie Pan kim jestem, to znaczy byłem
- A kim?
- Oficerem Lotnictwa Polskiego. A teraz…
- Alkohol zawsze niszczy.
- Tak mnie tam urządzili. Latałem w Iraku (nie wiem czy dobrze zapamiętałem, proszę mnie poprawić, jeśli nasi tam nie latali). Od tamtej pory nie mogę inaczej.
Pomyślałem: pewnie zespół stresu pourazowego, albo podobne załamanie połączone z jego konstytucją psychiki. Głośno powiedziałem:
- Alkohol to bagno, zawsze wciąga bardziej, tu trzeba inaczej.
Resztę dopowiedziałem gestem.
Rozmowa w zasadzie się skończyła, padło jeszcze kilka słów. Na koniec on powiedział:
- Dzięki ci, nawet nie wiesz jak bardzo, dzięki.
Podaliśmy sobie ręce, poszedłem.

Nie dziwię się, że się tak ucieszył. Mógł być sobą, a nie żebrakiem dopominającym się 20 groszy do piwa, którego zbywają krótkim „won!”, albo przestraszeni, z odrazą w oczach, dają trochę pieniędzy.

Wychodząc, na schodach w przejściu pod Targową, spotkałem żebraczkę. Stara, ubrana na niebiesko, z kolorową chustką, kobieta. Patrzyła mi w oczy. Mijając ją uśmiechnąłem się i życzyłem dobrego dnia. Ze dwa razy krzyknęła za mną „Dziękuję Panu!”. Łączyło ją z tym domniemanym pilotem żywe, bystre spojrzenie. Takie, jakie można znaleźć wśród Prażan, jeśli oboje byli z Pragi. On, średniego wzrostu, wyprostowany, mógł być żołnierzem, więc i spojrzenie mógł mieć bystre z racji zawodu. Ona po prostu miała życie w sobie, więc i w oczach. Pomimo tego, co ich przygniatało, żyli sercem.

Zaraz za rogiem, dalej w przejściu, siedziała druga stara żebraczka. Nawet nie podnosiła wzroku, tylko głośniej jęczała, jeśli ktoś akurat przechodził. Pomyślałem sobie, że te dwie kobiety są świetnym przykładem dwóch zasadniczych orientacji w życiu - tego jak ktoś jest zwrócony ku ludziom, do świata, a ktoś innym zapatrzony w siebie, w swój ból, udrękę, albo cokolwiek innego co akurat przeżywa. Egocentryzm. Egoizm uczuć.

Pojechałem jeszcze na bazar. Chciałem kupić nowy telefon, bo poprzedni rozwaliłem na budowie. Już tam słyszałem, że podobno rozbił się jakiś samolot, ale „nikt na razie nic więcej nie wie” - głosiło radio. Na uczelni, na dziesięć minut przed zajęciami, podawano już oficjalne wiadomości. Rozbił się samolot z naszą delegacją, 96 osób, nikt nie przeżył. Na pokładzie był Prezydent Lech Kaczyński z małżonką. Przechodząc korytarzem, aby otworzyć salę, mijałem ludzi. Albo mówiących jedni do drugich „słyszałeś?!”, albo z telefonami w ręku dzwoniących gdzieś, gdzie na pewno wszyscy powinni o tym wiedzieć. A tak naprawdę z własnych emocji.

Z tym wszystkim kontrastowało moje odczucie gdzieś z głębi. Niezwykłość chwili, niezwykłość śmierci tych ludzi. Coś w rodzaju zazdrości, ale takiej z dumą. Czasem zaglądają tu ludzie, którzy mnie nie znają, więc dodam, że tu absolutnie nie chodzi o moje poglądy polityczne ani sympatię do tych czy innych, którzy w tej katastrofie zginęli. Zwykłe odczucie absolutnie wyjątkowego wydarzenia, bardziej w odczuciu wartości niż emocjonalnego „och, mamo, czy już wiesz”.

W dziekanacie dziewczyny płakały, pod pozorem, że się martwią czy przypadkiem męża jednej z ich koleżanek nie było też w samolocie (pracuje jako mechanik), na korytarzach ogólny popłoch i bieganina. Zaczęliśmy zajęcia chwilą ciszy. Bo niby jak? Co w takiej chwili mogę zrobić, myślałem.

W jednej chwili dotarła do mnie niezwykłość tego wszystkiego co się dzieje. Te przypadkowe spotkania od rana, niezwykłość momentu w historii naszego kraju a jednocześnie to, że właśnie to się dzieje za naszego życia i mamy w tym swój udział. Niezwykłość momentu i miejsca - Katyń, rocznica poprzednich trupów tam. Oraz z niezwykłości całej chwili, gdzie mam mówić, tylko raz w roku, o konstytucji naszego kraju, o podstawach naszej moralności. Poczułem się malutki wobec tego wszystkiego. Ale to było dobre i wielkie.

Za chwilę jednak, pod presją ogólno kobiecego wzruszenia (ok. 80 osób na sali, może ze trzech mężczyzn) odczułem coś na kształt wstydu, że nie płaczę razem z nimi. Bo niby czemu. Nad tym wszystkim górowało doznanie jakiejś wielkiej, niezwykłej rzeczy, jakby wielkiej przygody. Kurcze, pomyślałem, zazdroszczę mu. Facet odchodzi z tarczą, nie na tarczy. W dodatku nie zostawia kochającej żony samej, tylko ona odchodzi z nim. Wielkie. Etos rycerza spełniony. Gdybyśmy oczywiście dziś cenili te zasady.

Przypomnę, że nie chodzi o moje poglądy i sympatie polityczne, których w zasadzie mi brak. Myślę, że większość z nas też to odczuła, że oto znów ktoś, kto jest ważny dla kraju (choć nie dla każdego z nas w naszych życiach osobistych), odchodzi i to w wyjątkowy sposób. To są powody dlaczego tak wiele osób wychodzi potem z domu i manifestuje właśnie te przeżycia. Współczuję tym dziennikarzom, którzy tego nie rozumieją i na siłę próbują uzasadnić powody „kolejnego narodowego zrywu” (od razu w domyśle, że krótkiego i niewiele zmieniającego), tak jak przy śmierci poprzedniego papieża.

Na zajęciach, po dłuższej chwili, ludzie zaczynają zwykły taniec z wykładowcą - ktoś ocenia ubiór, inni patrzą na wiek, ktoś w przerwie miedzy smsami o tragedii i swoimi myślami usłyszy dwa słowa i zadaje pytania, choć odpowiedź już padła. Największą irytację zafundowała mi pani, która słysząc o dwóch modelach etyki: greckim i chrześcijańskim, zaczęła kłócić się o swoje poglądy i zranienia. Dokładnie jak ta druga żebraczka. Chyba ze trzy razy musiałem powtórzyć, że nie rozmawiamy teraz o religiach, tylko o etyce. Cóż, wykładanie to też walka. Na wielu frontach, ale to przy innej okazji.

Po zajęciach pojechałem spotkać się z Agnieszką. Umówiliśmy się w osiedlowej pizzerii. Oprócz dwóch kelnerek i kucharza, którzy między sobą wymieniali się przeżyciami, siedziało dwóch młodych „wykształciuchów”. Na pierwszy rzut oka pomyślałem, że to ktoś w rodzaju „młodych” w partii, co chcą się wgryźć w środowisko i ustawić przy żłobie. Na wszelki wypadek zająłem strategiczny stolik obok nich z możliwością obserwacji. Nawet nie musiałem siedzieć blisko. Kilka kufli piwa i bez przerwy wykonywane telefony na zmianę z komentarzami między nimi, nakreśliły całość. Waleczni, „bojówkowi” aktywiści partii, która akurat była nieprzychylna prezydentowi, który właśnie zginął. Wznosili toasty za Polskę i za tych z generalicji, którzy właśnie zginęli. Cieszyli się z wakatów, które teraz są do obsadzenia nowymi ludźmi. Tu przyznałem im rację. To jest kolejny, niezwykle mocny w wymowie, aspekt całej sprawy. Ogromna „czystka” wielu struktur, rewolucja. Co z tym wszystkim zrobimy? Ich miejsca zajmą starzy, z układów, którzy do tej pory musieli siedzieć w cieniu, czy nowi, młodzi, oby niosący lepszego ducha? Takie pytania zadawałem sobie. Z całą pewnością jest to ogromna możliwość zmian.

Agnieszka chciała zrobić wywiad ze mną dotyczący życia „mobilnych” - dowiedziałem się, że powstaje taka nowa kategoria (oczywiście tylko w marketingu). Czyli mieliśmy rozmawiać o tym, jak ludzie robią reformy w swoim życiu, podejmują mniej lub bardziej radykalne wybory w życiu, szukają celu życia i drogi dla siebie. W taki dzień akurat… Kiedyś przeczytałem zdanie, z którym się zgadzam: mistyka jest z natury nie komunikowalna. Doświadczenie niezwykłości tego dnia, myślę, miało coś z tej kategorii doświadczeń. Pewnie dlatego trzeba nam tak wielu słów, żeby to opisać. Bo wprost, jest po prostu doświadzczenie tego całego wydarzenia, nie komunikowalne.

W drodze powrotnej miałem dopiero okazję posłuchać więcej informacji. Jak to w autobusie - radio na całego. Lecz tym razem raczej nikt nie miał tego za złe. Co mnie uderzyło? W autobusie rmf fm, na stacji w przerwie - radio zet, w obu muzyka klasyczna. Jak to wiele osób zauważyło głośno: w końcu w radiu grali coś, czego się dało słuchać. I bynajmniej nie byli to fani muzyki klasycznej. Ja miałem prostą myśl, że to znakomity przykład, że tej kategorii wydarzenia, doświadczenia bardzo ważnych i bardzo treściwych spraw, wymagają muzyki z tego samego pułapu umysłowego, czy lepiej intelektualnego. Jakość tego wydarzenia i jakość tej wysublimowanej cząstki kultury, odpowiadały sobie. Odwracając monetę - muzyka na co dzień w tych samych rozgłośniach… cóż, nie wymaga udziału wysokich procesów intelektualnych, ani zaangażowania w kulturę.

Przy okazji podróży miałem możliwość prostej i dobrej rozmowy z towarzyszką z siedzenia obok. Kolejny aspekt - wiadomości rodziły we mnie i w ludziach dookoła otwartość, chęć rozmowy. I znów, to nie były jak mówiono w mediach, rozmowy emocjonalne czy z powodów emocjonalnych przeżyć. To były rozmowy wrogie lub pełne jakiegoś pietyzmu wobec pary prezydenckiej i całości wydarzeń, ale wszystkie płynące z przeżycia niezwykłości i wyjątkowości wydarzenia.

Co mi się najbardziej podobało? Oprócz całkowitego odwrotu od muzyki odmóżdżającej do muzyki wymagającej skupienia w radiu, jeden jeszcze aspekt w mediach. Zaczęto, szczególnie kilka dni po katastrofie, mówić w mediach o mediach! To było niezwykłe - niektórzy dziennikarze powiedzieli wprost, że są nieobiektywni, a masmedia bywają stronnicze i zaangażowane po różnych stronach. Obudził się we mnie teoretyk mediów i bardzo teoretyka te słowa ucieszyły. Sami dziennikarze powiedzieli to, co część nauki próbuje nagłośnić. Dziś media nie są nośnikiem bezstronnych informacji. W rozmowie z Gosią (studiuje dziennikarstwo, młoda, otwarta, przy okazji piękna i kobieca o bystrym umyśle i wielkim sercu - tacy powinni być kandydaci na dziennikarzy, choć to bardzo trudne) uderzyło mnie właśnie to, co ona zauważyła. Że to bardzo irytujące jak gros dziennikarzy najpierw robi z prezydenta głupiego i zapyziałego karła, którego powinniśmy się wstydzić, a w okolicznościach, kiedy obywatele wychodzą na ulice, robią z niego herosa, półboga i co tam jeszcze.

Temat rzeka. Sprawa pochówku na Wawelu i opinii krakowian. Mieszkałem trochę w Krakowie, nie zdziwił mnie cały szum. I znów, abstrahując od poglądów i sympatii, pomyślałem, że to niezwykłe. Katastrofa w rocznicę zbrodni w Katyniu, pogrzeb w rocznicę koronacji pierwszego króla Polski, pogrzeb na Wawelu, oczywiście wszyscy krzyczą, że to polityczne, przed trumnami ogromne kolejki ludzi oddających hołd, delegacje z całego świata zapowiadają przyloty, media na całym świecie mówią o Polsce, Rosjanie przynoszą kwiaty Polakom… I wybucha wulkan.

Nawet jeżeli będziemy mówić tylko o przypadkach - niezwykłe zbiegi okoliczności i niezwykły moment w naszym życiu. Nas jako kraju i każdego z nas.

Czemu Kaczmarski? W czasie, kiedy moi koledzy słuchali Kaczmarskiego, lub ich rodzice słuchali i stąd oni sami znają, ja słuchałem punk rocka, a potem dziwnego tworu, który nazwano metalem. Kaczmarski i polski „ruch oporu” był mi co najmniej nieznany. To jest w zasadzie jedyna jego pieśń, której potrafiłem zanucić melodię. Wszystko dzięki niepowtarzalnemu wykonaniu przez Olka przy ognisku pod żaglami. Słuchając jego wykonania, przy całej jego osobie, nie sposób widzieć kogoś innego niż zakutego w pancerz, walecznego chłopa, który wie o co warto walczyć. Za co warto dać krew. Mieszkając w Warszawie, doświadczyłem tego, jak bardzo Kaczyński kochał całą sprawę Powstania Warszawskiego. Znów zarzuty, że to marketing polityczny, że to idee fixe konserwatywnego krasnala. Co by nie mówić, mieszkając w samym centrum getta żydowskiego, bardzo się cieszę, że byłem świadkiem przemian tego miejsca, miejsc pamięci obu powstań, utworzenia Muzeum Powstania Warszawskiego i wielu imprez z tym związanych. Kiedy ktoś przyjeżdża do Polski i pyta co mógłby, albo powinien zobaczyć w W-wie mówię bez chwili wątpliwości – Muzeum, bo tam najłatwiej zobaczyć jak waleczne serce potrafimy mieć my, Polacy; teren getta, o ile to możliwe i starówkę oraz łazienki, bo to nasze korzenie kulturowe, czyli intelektualne też; i Pałac Kultury i Nauki, bo znakomicie pokazuje jak ZSRR wsadziło nam buciory w sam środek serca i jak skutki tego czasu do dziś na nas działają.

Dziś mój 14-sto miesięczny syn potrafi zanucić melodię słowa „zbroja”. A ja sam widzę, że jej przesłanie jest jak najbardziej na czasie. W tej materii nic się nie zmieniło. Tylko fronty walk stale na innych ziemiach, w wielu rejonach trwają walki. I tak musi być, jeśli się coś albo kogoś kocha.

Tekst piosenki:

Dałeś mi Panie zbroję, dawny kuł płatnerz ją
W wielu pogięta bojach, w wielu ochrzczona krwią
W wykutej dla giganta potykam się co krok
Bo jak sumienia szantaż uciska lewy bok

Lecz choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
To przecież w końcu ważna rzecz
Zbroja

Magicznych na niej rytów dziś nie odczyta nikt
Ale wykuta z mitów i wieczna jest jak mit
Do ciała mi przywarła, nie daje żyć i spać
A tłum się cieszy z karła, co chce giganta grać

Lecz choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
Bo przecież w końcu ważna rzecz
Zbroja

A taka w niej powaga dawno zaschniętej krwi
Że czuję jak wymaga i każe rosnąć mi
Być może nadaremnie, lecz stanę w niej za stu
Zdejmij ją Panie ze mnie, jeśli umrę podczas snu

Bo choć zaginął hełm i miecz
Dla ciała żadna w niej ostoja
To w końcu życia warta rzecz
Zbroja

Wrzasnęli hasło ‘wojna’, zbudzili hufce hord
Zgwałcona noc spokojna ogląda pierwszy mord
Goreją świeże rany, hańbiona płonie twarz
Lecz nam do obrony dany pamięci pancerz nasz

Choć, choć za ciosem pada cios
I wróg posiłki śle w konwojach
Nas przed upadkiem chroni wciąż
Zbroja

Wywlekli pudła z blachy, natkali kul do luf
I straszą sami w strachu, strzelają do ciał i słów
Zabrońcie żyć wystrzałem, niech zatryumfuje gwałt
Nad każdym wzejdzie ciałem pamięci żywej kształt

Choć słońce skrył bojowy gaz
I żołdak pławi się w rozbojach
Wciąż przed upadkiem chroni nas
Zbroja

Wytresowali świnie, kupili sobie psy
I w pustych słów świątyni stawiają ołtarz krwi
Zawodzi przed bałwanem półślepy kapłan-łgarz
I każdym nowym zdaniem hartuje pancerz nasz

Choć krwią zachłysnął się nasz czas
Choć myśli toną w paranojach
Jak zawsze chronić będzie nas
Zbroja