Marcin od miłości

czwartek, 14 stycznia 2010

Harlequin na zaliczenie

       Choć nie mam za bardzo czasu na pisanie to muszę się czymś podzielić. Sprawdzam właśnie prace zaliczeniowe i przy niektórych znakomicie się bawię. Jak co roku, dzięki tym pracom widzę sens mojej pracy dla wspaniałych warszawskich uczelni. Powiem krótko, romansidła typu Harlequin, przy niektórych pracach z ich wątkami romantyczno-schadzkowymi, to pikuś.

       Przy okazji, dziękuję Pani kob za list. Tak, to ten uśmieszek paskudny wprowadził całe to zło :) o taki ;)

       A i jeszcze: jakiś mądry ludek łazi u nas po wsi i przebił koło w naszym samochodzie i w samochodzie sąsiadki Renaty, która jest nauczycielką stanu wolnego. Brunetka. Gdyby ktoś chciał nas odwiedzić, proszę pisać, Panowie.

środa, 9 grudnia 2009

Motyl

       Wczoraj naszą budowę odwiedził motyl. Nieźle jak na 8. grudnia.

sobota, 21 listopada 2009

Lekcja poglądowa

baran owca
byk krowa
kury
lew lwica
adam i ewa


sobota, 7 listopada 2009

Miłość to nie relacja

       Jedna z bardziej działających mi na nerwy "prawd" o miłości: "miłość jest relacją". Oczywiście miłość jest relacją, ale jakbym napisał prawdę, że miłość nie sprowadza się do relacji, to mało kto by wiedział o co chodzi. To z naszych braków w szkole myślenia - pisałem o tym wcześniej. Więc zostańmy na chwilę przy tym, że miłość nie jest relacją.

       Zazwyczaj słyszę to sformułowanie, a jeszcze częściej widzę, w postępowaniu kobiet w relacjach. Podobnie i niejeden mężczyzna, czy chłopiec, zdaje się tak myśleć o miłości. Że miłość to (tylko) relacja między mną a ukochanym / ukochaną. Bardzo brzemienny w skutki błąd w myśleniu o miłości, a przez to i w praktyce miłości.

       Częstsze jest u kobiet, bo patrząc z perspektywy uzdolnień naturalnych, właśnie to jest ich domena - budowanie więzi, wzajemnych odniesień, relacji właśnie, poczucia bliskości, przynależności, wspólnoty działań, myśli i uczuć. I inne tym podobne. Proszę tu nie myśleć od razu o rolach płciowych "kulturowo narzucanych". W tym przypadku jest tak u większości ssaków. Dlaczego? A tu są już różne uzasadnienia i teorie, mniejsza z nimi. Tak po prostu jest w naszych uzdolnieniach i warto wykorzystać to, co dobrego z tego wynika, a unikać tego, co gdzieś nam błędnie się po drodze dzieje.

       Dlaczego myślenie pod tytułem miłość równa się relacja (dla uzdolnionych matematycznie miłość=relacja) zazwyczaj nam szkodzi? Najogólniej mówiąc, i w uproszczeniu, jest złe, bo odbiera wolność drugiemu człowiekowi. Czyli odbiera mu też prawo do miłości. A więc niszczy tak naprawdę miłość między ludźmi. I tak się rzeczywiście zdarza, obserwuję to niestety czasem na żywo.

       Żeby to w pełni wyjaśnić, a temat niełatwy, musiałbym wyjaśnić w pełni i zrozumiale, czym jest miłość. Jaka jest prawda o miłości. A przecież to temat rzeka, temat na całe życie.

       Tak na marginesie, piszę tych kilka zdań w przerwie między budową, załatwianiem całej masy spraw administracyjnych z nią związanych, rąbaniem drewna i całą masą innych domowych obowiązków, korzystając z tego, że pierwszy raz od dwóch tygodni usiadłem, i to na dłużej, przy komputerze. Korzystając też z tego, że moja żona i syn akurat śpią i nie potrzebują mnie, oprócz wspomnianego ciepła w domu. Emocjonalnie jestem między chłopami na budowie, których lubię, ale wiadomo - pieniądze, alkohol, robota... prawie setką maili, z czego połowa to pretensje, że nie odpisuję (druga połowa spam), opiniami, których ciągle nie napisałem, i rozmowami, których stale inni potrzebują, a ja nie mam serca ich przeprowadzić. Siłą rzeczy jest mi nieco trudno skupić myśli w takim stopniu jakbym chciał. Cóż, jak zwykle proszę o wyrozumiałość.

       Sprowadzanie miłości do relacji między ludźmi jest pewnym odwróceniem hierarchi. Normalnie jest to mniej więcej tak: Kocham kogoś, więc pragnę jego dobra. Jego prawdziwego dobra i naprawdę dobra, niezależnie od tego, czy ten ktoś kocha mnie. Jeśli jest tak, że również ta osoba ma miłość do mnie, to super. Też chce prawdziwego i czystego dobra w moim życiu. Czyli sama istota miłości to nie relacja między ludźmi, ale relacja tych ludzi do dobra, którego sobie nawzajem życzą. Jeśli jest tak, że akurat mogę to dobro dać, albo pomóc je osiągnąć tej osobie, to rzeczywiście wchodzimy w relację między sobą. Ale to jest konsekwencja miłości, a nie odwrotnie. Niektórzy zaś mówią, że miłość jest konsekwencją nawiązywania relacji.

       Przykłady. Jadąc samochodem każdy z nas jest w relacji do innych kierowców, pieszych, rowerzystów itd. Nawet do psa na poboczu i do słupa na chodniku. Bliższej oczywiście, jeśli w ten słup wiadę. Te relacje to przecież jeszcze nie miłość. Drugi przykład. Siedząc gdzieś "na mieście", czy przy kawie, czy przy innej lemoniadzie wieczorową porą, pozostaję w relacjach do innych ludzi. Choćby do barmanki, kolesi przy stole bilardowym, dziewczyny idącej gdzieś ulicą za oknem, jakiejś rozkochanej parki zaszytej w ciemnym rogu kawiarni itd. Prowadząc jakieś grupowe zajęcia, czy warsztatowe, czy bardziej wykładowe, w sposób oczywisty nie tylko wchodzę w relacje z tymi ludźmi, do których mówię, ale jeszcze te relację tworzę i prowadzę w jakichś określonych kierunkach. Nie muszę zdawać sobie sprawy w których kierunkach, ale fakt jest - tworzę relcje, swoją do grupy i wiele relacji z każdym z tych ludzi. Czy wchodzę w te relacje z miłością? Czy tworzę miłość? Czy daję, albo biorę w tych sytuacjach jakieś dobro? Jeśli tak, i nie było to przypadkowe, ale zamierzone, to rzeczywiście przy okazji tych relacji zaistniała miłość. Relacji mogę nawiązywać tysiąc, miłości może nie być ani w jednej.

       Teraz odwrotnie, czy może być miłość, bez relacji z tą osobą, którą miłością obdarzam? Może. Czasem tylko taka jest możliwa. Mogę na przykład kochać kogoś z zupełnie innego czasu - choćby moją praprababcię, o której wiem, że zawdzięczam jej życie. Albo moje praprawnuki, z myślą o których każą nam dbać o ziemię, co by jej efekt suszarniany nie nawiedził na dobre. Coś z bliższej perspektywy - mogę kochać dziewczynę, która nie może być moją żoną, a ja jej mężem, a to dlatego, że relacja między nami jest niemożliwa. Tak bywa między ludźmi, kiedy na odległość możemy sobie życzyć dobrze, przebywając zaś blisko zrobilibyśmy sobie tylko krzywdę. Ale to już oddzielny problem.

       Dlaczego szkodzi? Dlaczego odbiera wolność, a tym samym niszczy miłość? Podchodząc do kogoś z płaszczyzny relacji stawiam tej osobie wymagania. Te wymagania wynikają z relacji. Jednocześnie sam skupiam się na tym, jak tę relację prowadzę, jak się zachowuję wobec tej osoby i co swoim zachowaniem powoduję. Oczywiście tu dochodzi bardzo częsta sprawa - przejmuję się tym jak się zachowuję, żeby nie zrazić tej osoby do siebie i żeby "nie uciekła mi z relacji". Przykłady: "żeby on nie odszedł do innej", "żeby ona mnie nie zdradzała", "żebym była dla niego najważniejsza". Z tymi myślami ludzie często posuwają się nawet do manipulacji. Ogólnie chodzi o to, jak zadziałać, aby coś w tej osobie spowodować lub czegoś nie powodować. A tu niespodzianka, bo miłość nie znosi determinizmu. Do miłości nie można zmusić, wie to każdy, kogo ktoś inny próbował w ten sposób urobić.

       W płaszczyźnie relacji obowiązują zawsze jakieś reguły. Na przykład takie: sąsiadka ostatnio pożyczała ode mnie cukier, to teraz ja mogę spokojnie iść do niej po sól. Albo: nie mogę teraz do niego zadzwonić, bo ostatnio to ja dzwoniłam i potem wysłałam smsa, a on jeszcze nie odpisał i jak teraz zadzwonię, to będzie, że jestem łatwa. I tym podobne. A tu chodzi o to, czy ten ktoś pragnie mojego dobra. Czy ja pragnę i ewentualnie zabiegam o to, co naprawdę dla tego kogoś jest dobre. Jeśli dobre dla niego jest żyć z inną osobą, to kochając powinienem tego pragnąć. Jeśli moje dziecko chce być księdzem i gdzieś przeczuwam, że to naprawdę dobre dla niego, choć mam inne plany i wizje na czyjeś życie... Kochając, pragnę prawdziwego dobra. Tego realnego, nie wydumanego, nie zmanipulowanego. Sama wolność już jest dobrem. Kochając kogoś prawdziwie, pragnę też jego wolności. Tylko w wolności będzie mógł EWENTUALNIE też mnie kochać. Bo nie musi.

poniedziałek, 26 października 2009

Sentencje z przymrużeniem oka

       Bardzo chcę pisać tutaj i jeszcze bardziej jestem zajęty innymi sprawami. Niestety bardziej niecierpiącymi zwłoki. Wobec tego choć kilka słów - takie różnego pokroju myśli, które pozbierałem w ostatnim czasie.

Masz małe dzieci? Uważaj na co się kładziesz.

---------------

Pewien mąż do drugiego, z pewnym entuzjazmem:
-Ech te dzieci! Skąd one biorą tyle energii?!

Ten drugi, z mniejszym entuzjazmem:
-Wysysają ją od nas...

---------------

Równouprawnienie w rodzinie to fikcja. Przynajmniej jak patrzę na tempo znikania nutelli ze słoika, którego nawet nie zdążę otworzyć.

---------------
Równouprawnienie II

Kiedy dziecku się odbije, twoja żona jest szczęśliwa. Spróbuj powtórzyć to sam.

niedziela, 6 września 2009

Niepłodność

       Odwiedziło nas pewne młode małżeństwo, które zajmuje się, w szerokim ujęciu, zagadnieniem płodności małżonków. Naprawdę w szerokim. Odwiedziliśmy też na chwilę Słowację. Obserwując pobieżnie Słowaków i Romów, których bardzo duża liczba wybiera do życia właśnie ten kraj, a Słowacy jakoś nie mają ochoty się mnożyć, wywiązała się rozmowa o sprawach demograficznych.

       Temat bardzo często wraca w rozmowach - i z małżonkami, i narzeczonymi, ale tak samo samotnymi, żyjącymi w celibacie i na innych drogach życia. Jeśli chodzi o znaczenie płodności w miłości to sprawa jest dość nieskomplikowana. Nie ma miłości bezpłodnej. Miłość ze swej natury jest płodna. Po prostu, niesie życie. Tworzy je.

       Problem jest z tym, że my nie rozumiemy normalnie płodności. Mamy podokładane w ten temat, czasem nawet przez siebie samych, dziwne ideologie. Choćby taką, że płodność to tylko rozmnażanie. Albo taką, że jak nie ma dziecka, to małżeństwo jest nieudane, czy gorsze. Albo, że jak nie ma dziecka, to "nie ma po co żyć i się człowiek nie zrealizuje," Pierwszy pomysł to nadmierne skupianie się na biologii, drugi na aspektach społecznych i użyteczności związku cywilno-prawnego (jeśli to dobrze nazwałem), trzeci to ideologia przekazywania WŁASNYCH genów (czyli jakaś tam odmiana egocentryzmu). Odmiennym zagadnieniem jest kwestia instynktu macierzyńskiego - to pojęcie jest wymieszaniem wszystkich płaszczyzn życia kobiety na raz.

       Płodność to płodność. Nie rozmnażanie. Całe Życie na ziemi jest twórcze. Pod każdą postacią, choćby w wymiarze niesamowitej zdolności i gotowości do przystosowywania się w coraz to nowych miejscach i warunkach. Kopałem ostatnio głęboką dziurę w ziemi. Ziemi mało urodzajnej, w zasadzie glina i skała. Prawie metr pod powierzchnią znajdowałem zbite bryły, w których były wydrążone korytarze przez różne żyjątka, a w tych korytarzach pełno korzonków roślin. Takie wzajemne dopełnianie się. Lubię też obserwować mrówki, szczególnie w lesie, gdzie obok siebie istnieje kilka mrowisk mrówek różnych gatunków. Wszystkie mają co jeść, starają się nie wchodzić sobie w drogę.

       Nasza planeta tętni życiem, a i cały wszechświat nim tętni. Tylko proszę to rozumieć właściwie, nie piszę o UFO i innych cywilizacjach, bo nic o nich nie wiemy. Bardzo uderzył mnie prosty opis lotu kosmicznego z pierwszego tomu Trylogii Międzyplanetarnej C.S.Lewisa "Z milczącej planety". Dzięki temu opisowi chyba pierwszy raz spojrzałem na tak zwaną próżnię kosmiczną nie jak na zimną, pustą przestrzeń, ale jak na gorącą, tętniącą całymi fontannami energii rzeczywistość. Szczególnie w pobliżu gwiazd. Przecież my jesteśmy jedną z konsekwencji tej skomplikowanej rzeczywistości. Nasza planeta jest tworem działających w niej sił. A więc te siły są TWÓRCZE.

       I o to właśnie chodzi z płodnością w miłości - my mamy być twórczy, mamy nieść życie. W jakiejkolwiek formie. Może być w tak zwanym przyroście naturalnym, albo jak chcą bardziej romantycznie nastawione osobniki naszego gatunku - "żeby były małe dzidzi." Ale to tylko okruszek bycia twórczym. Zresztą nawet ta kwestia, przy trzeźwym spojrzeniu, wcale nie jest prosta. Zrobić genetycznie dziecko może nawet pipetą w probówce. Ale spłodzić, czyli stworzyć, nowego człowieka... Wiadomo, to już sztuka i cały trud zrodzenia, najlepiej w miłości, odżywienia, pielęgnowania i wychowania. Myślę, że każdy to może łatwo zauważyć, kiedy pomyśli o tym "jakim człowiekiem uczynili mnie moi rodzice." Że oni nieraz zawalają wiele, to dziś wiedza powszechna. Ale to nie uprawnia nas do uproszczania myślenia w ten sposób, że sprowadzimy płodność do kwestii pomieszania genów dwojga ludzi.

       Skoro planeta i wszechświat tętnią życiem i są twórcze, to jest dosyć logiczne, że te same siły i potencje są również w ich tworach, czyli też w nas. Jest dużym błędem nie korzystanie z nich, a już bardzo dużą winą jest negowanie tych sił, choćby przez proste wypieranie. Wypieranie na poziomie indywidualnym czy społecznym, ideologicznym - nie ma różnicy. Mało tego, okazuje się, że nie korzystanie z tych sił odbiera nam chęć życia i siły do wszystkiego. To tak, jakby żyć bez miłości. Bo to jest życie bez miłości.

       Wiem, że dziś wielu tak chce i przekonują, że tak lepiej. A nawet, że się da. Tacy już bywali na naszej planecie, a ludzkość jednak istnieje dzięki ich przeciwnikom - czyli ludziom, którzy pozostają płodni i twórczy.

       Jeśli sprowadzimy kwestię płodności do poziomu rozmnażania, to pojawi się też kolejny problem. I on się pojawia. Będzie bolało. Będziemy się frustrować, jeśli akurat tak żyjemy, że z różnych powodów tych dzieci nie mamy - choćby przez to, że wybieram życie samotne, albo bez rodziny „biologicznej” - będzie się wtedy wydawać, że moje życie jest bez sensu, skoro sensowne jest tylko płodne, a płodność to rozmnażanie. To prawda, że bezpłodne życie jest puste i boli. Ale to nieprawda, że płodność to rozmnażanie. Płodność to wnoszenie życia we mnie, w innych, w świat. Czasem przywracanie życia, sił i zachwytu życiem, nadziei, że warto żyć. Twórcze życie jest płodne, miłość jest płodna.

wtorek, 1 września 2009

Kłótnie małżeńskie

       Podobno nie ma małżeństwa, które by było zdrowe i nie miało sprzeczek. I to wygląda na prawdę. Czy są nam potrzebne? Oczywiście, że tak. I to bardziej niż się wydaje. A jednocześnie nie są nam potrzebne, a wręcz przeszkadzają.

       Stawiam tezę, że kłótnie są nam potrzebne i to nam, jako całemu społeczeństwu. Czyli mi potrzebne są nieporozumienia małżeńskie sąsiadów, choć jednocześnie zupełnie niepotrzebne są mi kłótnie innych... Jak to rozumieć?

       Proszę od razu zrezygnować z myślenia o własnych ewentualnych sprzeczkach, bo to niepotrzebne emocje, a to zamyka na mądrość. Wyobraźmy sobie jakąkolwiek sytuację, kiedy jesteśmy świadkami, słuchaczami, czy niemymi uczestnikami sprzeczki między mężczyzną i kobietą, których ewidentnie łączy silna więź i którzy dzielą ze sobą jakiś wymiar rzeczywistości. Jak się wtedy czujemy? Jak się w takiej sytuacji zachowujemy?

       Myślę, że najczęstszym naszym zachowaniem jest udawanie, że nie słyszymy, chęć oddalenia się, albo przynajmniej myśl, że „To ich sprawa, nie należy się mieszać”. Błąd. Tak samo błąd, kiedy zaczynamy się mieszać i przyjmujemy rolę mediatora, rozjemcy czy inne pomysły.

       Oba zachowania w takiej sytuacji są błędne, ponieważ tracimy przez nie niespotykane okazje rozwoju miłości. Drugi pomysł jest głupi, bo wchodzimy w rolę, która nie jest nam przeznaczona i zmieniamy dynamikę rozmowy tych ludzi. Pierwszy jest głupi, bo bazuje na fałszywym założeniu, że „nie jesteśmy uczestnikami tej sytuacji”, podczas gdy właśnie nimi jesteśmy.

       Co mam na myśli, że to niespotykana okazja nauki miłości? Wystarczy zacząć słuchać takiej kłótni, nie stając w wyobraźni czy osądach po stronie mężczyzny lub kłócącej się kobiety, ale stając w ich rolach jako ja i mój ukochany/moja ukochana. Takie małe ćwiczenie umysłowe. I przypatrzeć się na ile i w jaki sposób moja relacja jest podobna do tej, którą obserwuję. Na ile ta rozmowa przypomina moje. Czy rozumiem reakcje mężczyzny i kobiety? Może dzięki temu w końcu zrozumiem, dlaczego mój mężczyzna / moja kobieta tak a nie inaczej reaguje na podobne słowa. Czemu się nawzajem ranimy, niedoceniamy, w imię jakich wartości depczemy drugą osobę, której obiecaliśmy miłość (UWAGA! Nie-małżonkowie też obiecują sobie miłość, nie miejcie złudzeń, że zobowiązanie dotyczy tylko małżeństw!). Nawet proste sprawy: dlaczego używamy takich i innych zwrotów, jakie chwyty w takiej wymianie zdań używają oni, a jakich my... Należy taką kłótnię przyjąć jako dar dla siebie od losu. Na spokojnie jej wysłuchać, skoro kłócący się nas do tego zaprosili (przecież nie wyszli?) i zaaplikować wnioski z niej do swojej drogi w miłości.



       PS. A jakie kłótnie są nam niepotrzebne? Te, które odbierają nam wiarę w miłość, które nas najzwyczajniej gorszą. Jak choćby wspomniana w poście, albo komentarzach, zołza, która bije swojego męża, bo ten pije. Takich sytuacji szczerze radzę unikać, trzymać się z dala, żeby nie mieć potem robaczywego serca.

       PS 2. Naprawdę z kłótni trzeba korzystać, a dużo łatwiej z cudzej, kiedy nie jesteśmy uwikłani dodatkowo przeżyciami. Ja korzystam choćby tak, że mogę Państwu o tym napisać.

       PS 3. Zupełnym błędem jest szukanie na partnera w miłości osoby, z którą w ogóle się nie kłócimy. Tak samo, jak błędem jest wiązanie się z kimś, z kim praktycznie nie ma dnia bez sprzeczki...

       PS 4. Jest tylko jedna możliwość normalnego małżeństwa, gdzie oboje są zaangażowani i nie wycofują się, a w którym nie ma kłótni. Jest to małżeństwo ludzi, z których żadne nie ma ani kszty egoizmu, i którzy oboje szczerze (nie udając przed innymi i sobą samymi) wybierają dobro małżeństwa. Dodatkowo oboje muszą być mądrzy i mieć pewność ku którym wartościom się kierują jako małżeństwo oraz bez wahań to robić. Muszą mieć oparcie w czymś większym niż oni sami, w czymś poza swoją relacją.