Marcin od miłości

sobota, 7 listopada 2009

Miłość to nie relacja

       Jedna z bardziej działających mi na nerwy "prawd" o miłości: "miłość jest relacją". Oczywiście miłość jest relacją, ale jakbym napisał prawdę, że miłość nie sprowadza się do relacji, to mało kto by wiedział o co chodzi. To z naszych braków w szkole myślenia - pisałem o tym wcześniej. Więc zostańmy na chwilę przy tym, że miłość nie jest relacją.

       Zazwyczaj słyszę to sformułowanie, a jeszcze częściej widzę, w postępowaniu kobiet w relacjach. Podobnie i niejeden mężczyzna, czy chłopiec, zdaje się tak myśleć o miłości. Że miłość to (tylko) relacja między mną a ukochanym / ukochaną. Bardzo brzemienny w skutki błąd w myśleniu o miłości, a przez to i w praktyce miłości.

       Częstsze jest u kobiet, bo patrząc z perspektywy uzdolnień naturalnych, właśnie to jest ich domena - budowanie więzi, wzajemnych odniesień, relacji właśnie, poczucia bliskości, przynależności, wspólnoty działań, myśli i uczuć. I inne tym podobne. Proszę tu nie myśleć od razu o rolach płciowych "kulturowo narzucanych". W tym przypadku jest tak u większości ssaków. Dlaczego? A tu są już różne uzasadnienia i teorie, mniejsza z nimi. Tak po prostu jest w naszych uzdolnieniach i warto wykorzystać to, co dobrego z tego wynika, a unikać tego, co gdzieś nam błędnie się po drodze dzieje.

       Dlaczego myślenie pod tytułem miłość równa się relacja (dla uzdolnionych matematycznie miłość=relacja) zazwyczaj nam szkodzi? Najogólniej mówiąc, i w uproszczeniu, jest złe, bo odbiera wolność drugiemu człowiekowi. Czyli odbiera mu też prawo do miłości. A więc niszczy tak naprawdę miłość między ludźmi. I tak się rzeczywiście zdarza, obserwuję to niestety czasem na żywo.

       Żeby to w pełni wyjaśnić, a temat niełatwy, musiałbym wyjaśnić w pełni i zrozumiale, czym jest miłość. Jaka jest prawda o miłości. A przecież to temat rzeka, temat na całe życie.

       Tak na marginesie, piszę tych kilka zdań w przerwie między budową, załatwianiem całej masy spraw administracyjnych z nią związanych, rąbaniem drewna i całą masą innych domowych obowiązków, korzystając z tego, że pierwszy raz od dwóch tygodni usiadłem, i to na dłużej, przy komputerze. Korzystając też z tego, że moja żona i syn akurat śpią i nie potrzebują mnie, oprócz wspomnianego ciepła w domu. Emocjonalnie jestem między chłopami na budowie, których lubię, ale wiadomo - pieniądze, alkohol, robota... prawie setką maili, z czego połowa to pretensje, że nie odpisuję (druga połowa spam), opiniami, których ciągle nie napisałem, i rozmowami, których stale inni potrzebują, a ja nie mam serca ich przeprowadzić. Siłą rzeczy jest mi nieco trudno skupić myśli w takim stopniu jakbym chciał. Cóż, jak zwykle proszę o wyrozumiałość.

       Sprowadzanie miłości do relacji między ludźmi jest pewnym odwróceniem hierarchi. Normalnie jest to mniej więcej tak: Kocham kogoś, więc pragnę jego dobra. Jego prawdziwego dobra i naprawdę dobra, niezależnie od tego, czy ten ktoś kocha mnie. Jeśli jest tak, że również ta osoba ma miłość do mnie, to super. Też chce prawdziwego i czystego dobra w moim życiu. Czyli sama istota miłości to nie relacja między ludźmi, ale relacja tych ludzi do dobra, którego sobie nawzajem życzą. Jeśli jest tak, że akurat mogę to dobro dać, albo pomóc je osiągnąć tej osobie, to rzeczywiście wchodzimy w relację między sobą. Ale to jest konsekwencja miłości, a nie odwrotnie. Niektórzy zaś mówią, że miłość jest konsekwencją nawiązywania relacji.

       Przykłady. Jadąc samochodem każdy z nas jest w relacji do innych kierowców, pieszych, rowerzystów itd. Nawet do psa na poboczu i do słupa na chodniku. Bliższej oczywiście, jeśli w ten słup wiadę. Te relacje to przecież jeszcze nie miłość. Drugi przykład. Siedząc gdzieś "na mieście", czy przy kawie, czy przy innej lemoniadzie wieczorową porą, pozostaję w relacjach do innych ludzi. Choćby do barmanki, kolesi przy stole bilardowym, dziewczyny idącej gdzieś ulicą za oknem, jakiejś rozkochanej parki zaszytej w ciemnym rogu kawiarni itd. Prowadząc jakieś grupowe zajęcia, czy warsztatowe, czy bardziej wykładowe, w sposób oczywisty nie tylko wchodzę w relacje z tymi ludźmi, do których mówię, ale jeszcze te relację tworzę i prowadzę w jakichś określonych kierunkach. Nie muszę zdawać sobie sprawy w których kierunkach, ale fakt jest - tworzę relcje, swoją do grupy i wiele relacji z każdym z tych ludzi. Czy wchodzę w te relacje z miłością? Czy tworzę miłość? Czy daję, albo biorę w tych sytuacjach jakieś dobro? Jeśli tak, i nie było to przypadkowe, ale zamierzone, to rzeczywiście przy okazji tych relacji zaistniała miłość. Relacji mogę nawiązywać tysiąc, miłości może nie być ani w jednej.

       Teraz odwrotnie, czy może być miłość, bez relacji z tą osobą, którą miłością obdarzam? Może. Czasem tylko taka jest możliwa. Mogę na przykład kochać kogoś z zupełnie innego czasu - choćby moją praprababcię, o której wiem, że zawdzięczam jej życie. Albo moje praprawnuki, z myślą o których każą nam dbać o ziemię, co by jej efekt suszarniany nie nawiedził na dobre. Coś z bliższej perspektywy - mogę kochać dziewczynę, która nie może być moją żoną, a ja jej mężem, a to dlatego, że relacja między nami jest niemożliwa. Tak bywa między ludźmi, kiedy na odległość możemy sobie życzyć dobrze, przebywając zaś blisko zrobilibyśmy sobie tylko krzywdę. Ale to już oddzielny problem.

       Dlaczego szkodzi? Dlaczego odbiera wolność, a tym samym niszczy miłość? Podchodząc do kogoś z płaszczyzny relacji stawiam tej osobie wymagania. Te wymagania wynikają z relacji. Jednocześnie sam skupiam się na tym, jak tę relację prowadzę, jak się zachowuję wobec tej osoby i co swoim zachowaniem powoduję. Oczywiście tu dochodzi bardzo częsta sprawa - przejmuję się tym jak się zachowuję, żeby nie zrazić tej osoby do siebie i żeby "nie uciekła mi z relacji". Przykłady: "żeby on nie odszedł do innej", "żeby ona mnie nie zdradzała", "żebym była dla niego najważniejsza". Z tymi myślami ludzie często posuwają się nawet do manipulacji. Ogólnie chodzi o to, jak zadziałać, aby coś w tej osobie spowodować lub czegoś nie powodować. A tu niespodzianka, bo miłość nie znosi determinizmu. Do miłości nie można zmusić, wie to każdy, kogo ktoś inny próbował w ten sposób urobić.

       W płaszczyźnie relacji obowiązują zawsze jakieś reguły. Na przykład takie: sąsiadka ostatnio pożyczała ode mnie cukier, to teraz ja mogę spokojnie iść do niej po sól. Albo: nie mogę teraz do niego zadzwonić, bo ostatnio to ja dzwoniłam i potem wysłałam smsa, a on jeszcze nie odpisał i jak teraz zadzwonię, to będzie, że jestem łatwa. I tym podobne. A tu chodzi o to, czy ten ktoś pragnie mojego dobra. Czy ja pragnę i ewentualnie zabiegam o to, co naprawdę dla tego kogoś jest dobre. Jeśli dobre dla niego jest żyć z inną osobą, to kochając powinienem tego pragnąć. Jeśli moje dziecko chce być księdzem i gdzieś przeczuwam, że to naprawdę dobre dla niego, choć mam inne plany i wizje na czyjeś życie... Kochając, pragnę prawdziwego dobra. Tego realnego, nie wydumanego, nie zmanipulowanego. Sama wolność już jest dobrem. Kochając kogoś prawdziwie, pragnę też jego wolności. Tylko w wolności będzie mógł EWENTUALNIE też mnie kochać. Bo nie musi.

Komentarze (24):

  • Chyba wiem, skąd tyle maili, pytań, próśb o rozmowę... Mądrość jest naprawdę towarem deficytowym, a Ty nieraz potwierdziłeś już swoim życiem to, że za mądrością idziesz, że idziesz (w pewnym sensie) prostą drogą - to są opinie wielu ludzi, którzy z Wami przebywali, a nie jakieś moje wymysły.
    Ludzie bardzo tego potrzebują; to dla mnie jest cały czas zadziwiające, JAK BARDZO, jak mało jest źródeł, jak mocno są zagubieni i jak mała szansa jest spotkania kogokolwiek, kto by ich chociaż trochę "odnalazł" - faktycznie tej mądrości nie mają wokół siebie, zatem chcą gadać z Tobą czy z Kamą, bo instynktownie to u Was wyczuwają.
    Oczywiście Twoją sytuację też rozumiem, no i zdaję sobie sprawę, że po prostu ewentualni odbiorcy muszą być cierpliwi czy też wyrozumiali. Nie można na nikim pasożytować.
    Pytanie jednak pozostaje, podstawowe i wiecznie ważne - jak zrobić, żeby tej mądrości i miłości było więcej - w Polsce, w świecie, żeby nie była tak rzadkim towarem...

    Autor: Blogger Jarema, 8 listopada 2009 13:29  

  • Jeszcze a propos samej notki: dla mnie to wszystko całkowita prawda. Nieraz podobnie rozmawiałem z różnymi moimi koleżankami, mówiłem o tym, jak to miłość nie znosi determinizmu, jak to manipulacja prowadzi do odwrotnych skutków, jak złudne jest myślenie typu "nie mogę teraz do niego zadzwonić, bo ostatnio to ja dzwoniłam i potem wysłałam smsa, a on jeszcze nie odpisał i jak teraz zadzwonię, to będzie, że jestem łatwa"...
    Odpowiedź najczęściej była podobna (mniej więcej): Jarema, ja nie mam już siły. Ja jestem zbyt zmęczona. Jeżeli będę rozdawać swoją miłość bez żadnego myślenia o sobie, to po prostu mnie to zabije, zresztą nie mam już mocy, żeby to robić.

    Co zrobić z tym zmęczeniem, o którym mówią? Faktycznie, jeżeli ktoś absolutnie nie dostaje od innych miłości, w pewnym momencie staje się suchy, jałowy, wyczerpany.

    Autor: Blogger Jarema, 8 listopada 2009 13:35  

  • To arcy-ciekawy temat i dorzucę do niego swoje dwa grosze. Prawdą jest, że miłość to nie relacja, ale miłość istnieje po to, aby te relacje budować. Nawet gdy chodzi o miłość do samego siebie: jeśli istnieje ona w próżni pozwala bez ograniczeń rozwijać się narcyzmowi, natomiast jeśli jest to miłość w relacji do samego siebie (z odniesieniem do dobra) pozwala odrzeć siebie ze złudzeń i dotrzeć do prawdy o sobie. Dopiero wtedy jest miłością zdrową i powala zbudować coś sensownego.

    A zmęczenie? Tak sobie myślę, że najlepszym lekarstwem na zmęczenie, kiedy wykorzystało się już wszystkie dostępne środki i możliwości jest dać odetchnąć sobie nawzajem na jakiś dłuższy czas, bo przynajmniej jedna z osób w zmęczonym związku albo nie umie (bo nie jest gotowa), albo nie chce (bo to nie to, bo się boi), a przede wszystkim jeszcze nie umie miłości docenić. Mówię o zdrowej miłości. Bo jeśli miłość jest chora (uwikłana w egoistyczne lęki) to może lepiej najpierw przyjrzeć się sobie i odpowiedzieć na pytanie, czego ja chcę od tej drugiej osoby i co sam/a mogę jej oferować z siebie i czy rzeczywiście dążymy do tego samego. A przede wszystkim, czy mam na to ochotę właśnie z tą osobą. Odpowiedzi na te pytania mogą bardzo boleć, ale są niezbędne, no bo po co się męczyć w nieskończoność? I jeśli okaże się, ze odpowiedzi będą dla nas korzystne, a rozłąka tylko umocni związek - będzie on sensowny. Tak myślę :)

    Autor: Anonymous Anonimowy, 9 listopada 2009 08:29  

  • Co do zmęczenia - chodziło mi głównie o zmęczenie osób samotnych, albo takich, które są w niejasnych związkach, z których nie wiadomo, co będzie.
    Generalnie zgadzam się, że czasem - w tym drugim przypadku - trzeba "wyjść na pustynię". Tylko o ile dla zmęczonego mężczyzny to proste, o tyle dla kobiety może być bardzo trudne - mężczyzna zmęczony szuka samotności, zaś kobieta - obecności i bliskości drugiej osoby.

    Autor: Blogger Jarema, 9 listopada 2009 14:20  

  • To co napisałeś na końcu a więc: Tylko w wolności będzie mógł EWENTUALNIE też mnie kochać. Bo nie musi - to oczywiście szczera prawda i zgadzam się z nią w 100% ale patrząc na to co się wokół nas dzieje, w naszych rodzinach, wśród znajomych czy w samych naszych związkach, małżeństwach, dochodzę do wniosku, że to "nie musi" przychodzi nam łatwiej niż samo "kochać". Zbyt łatwo się poddajemy, za bardzo kochamy samych siebie, a za rzadko mówimy Nie muszę - ale chcę. Jak to zrobić, żeby wciąż się chciało? Może to kwestia tej relacji czy też jej braku? Nie wiem już sama...

    Autor: Anonymous martula, 10 listopada 2009 22:33  

  • Miłość jest WOLNOŚCIĄ!!! Kiedy miłość zakłóca wolność albo wolność miłość, nie ma ani jednego ani drugiego. I jeśli mówić o miłości jako relacji to tylko o relacji Miłości do Wolności :-)

    Monika

    Autor: Anonymous Anonimowy, 12 listopada 2009 16:08  

  • Moimzdaniem już po ślubie małżonkowie mają obowiązek siebie kochać jest to dyktowane przez złożenie Przysięgi wobec Boga i Kościoła ich "bo nie muszę" nie ma juz racji bytu, warto też wspomniec że ludzie często mylą Wolnośćz Samowolą a to dwie rózne sprawy- Wolność jest świadomym wyborem między Dobrem i Złem i dopiero w tym świetle (nauka KK) stwierdzenie ś.p. Karola Wojtyły że Kochać znaczy chcieć Dobra drugiej osoby (pierwszy raz spotkałem sie z ta teza w Miłosci i odpowiedzialności) nabiera odpowiedniego kolorytu^-^
    Uważam także że nie ma ludzi lepiej wyposażonych do budowania jakichkolwiek relacji, które mają cokolwiek wspólnego z Miłością ponieważ skoro Bóg jest Miłością a jest on nieskończony to tworząc np. Płec która nie ma pełni władz poznawczych potrzebnych do budowania realcji z Miłościa w tle musiałby postąpić wbrew Swojej Naturze a tego nie uczyni nigdy.W naturę Boga jest wpisana Miłość i jest ona jakby Droga do poznania Jego. Wszyscy mamy potzrebne nam możliwości i łaski by Go poznać bez względu na płec, rasę, narodowość i wiek, każdy tez z nas ma przyrodzone zdolności a budowanie relacji emocjonalnych jest tak dalece zintegrowane z ludzka naturą że jest wyniesione nawet do wieczności(Obcowanie ze Świętymi), jeżeli gdzieś faktycznie brak zdolności do budowania owych relacji to moim zdaniem trzeba już mówic o Grzechu bądź jego skutkach, osobiście uważamze nasza natura mimo że skażona przez Grzech nie upadła na tyle nisko by jedna z Płci ją cechujących(Mężczyźni) miała gorsze możliwości do budowania relacji niż inna Płeć(Kobiety).Ja wiem ze facetom jest trudno budować takie relacje ale uważam że jest spowodowane upośledzeniem przez społeczeństwo tych "funkcji poznawczych" a nie determinowane Płcią.Pozatym uważam że jeżeli faktycznie kogoś Kochamy to okres rozłąki jest złem samym w sobie gdyż rani to Miłość która zawsze dąży do bliskości i jeżeli ktoś faktycznie decyduje sie na coś takiego, zawsze jest to spowodowane Złem istniejącym w relacji między bliskimi osobami i jak bodajże św.Paweł mówi w jednym ze swoich Listów paraf." Wszyscy wiemy że z każdego zła Bóg Dobro wyprowadzi, ale czy to znaczy że mamy Zło czyńić by było Dobro- Nic podobnego"
    Tomcio

    Autor: Anonymous Anonimowy, 20 listopada 2009 02:04  

  • pierwsze wrażenie: czytając takie notki jak ta, myślę sobie, że dzięki Bogu jest poezja! ;)

    obserwacja: piękny jest ten chórek Marcinowo-Jaremowy - szczególnie, gdy o kobiecą percepcję, sposób przeżywania czy "uzdolnienia naturalne" chodzi, pięknie sobie Panowie wtórują

    pytanie: a co Pan na to, Panie Marcinie, że miłość to postawa? (specjalnie nie rozwijam)

    Autor: Anonymous kob-, 20 listopada 2009 15:29  

  • Wiesz co marcin ja już nie rozumiem o co ci chodzi czy ty po prostu starasz sie być złośliwy czy tylko posługujesz sie semityzmami, czy szukasz prawdy o życiu i o niej piszesz na publicznym forum, czy szukasz swojej "zatoki emocjonalnej do której po wielkich sztormach życia masz zamiar zawinać i się tam emocjonalnie podbudować. Człowieku napiszę dużymi literami WSZYSCY JESTEŚMY JEDNAKOWO UZDOLNIENI DO BUDOWANIA RELACJI EMOCJONALNYCH BEZ WZGLĘDU NA PŁEĆ. I przestań wrzucać zdjęcia zwierząt na poparcie swoich tez bo nie wiem czy wiesz ale np. pingwiny wychowują swoje młode takze w parach homoseksualnych a u Bojowników chowem i karmieniem młodych zajmuje sie samiec a samica musi byc odłowiona bo może młode pożreć. Ale to nie ma nic do rzeczy BO MY LUDZIE NIE JESTEŚMY ZWIERZĘTAMI TYLKO LUDŹMI-KORONĄ STWORZENIA I NIE O ZWIERZĘTA SIE WKURZYŁ SZATAN^_^ TOMCIO

    Autor: Anonymous Anonimowy, 22 listopada 2009 14:52  

  • Kolego Tomciu, niech się kolega tak nie spina, bo koledze żyłka pęknie. Marcin tu sobie żartuje, a kolega śmiertelnie poważny o mało ze skóry nie wyskoczy w świętym oburzeniu. Nerwosol polecam.

    Autor: Blogger Jarema, 22 listopada 2009 18:50  

  • Tomek,
    z tego co wiem, to koroną stworzenia jest kobieta, a nie ludzie ogólnie.

    Co do historii Szatana, to widzę to tak: jakby jakieś prymitywne i mizerne zwierzę obdarzono rozumem takim jak mnie, w dodatku kazano mi się tym zwierzętom kłaniać, to pewnie też bym się wkurzył.

    A co do jednakowego uzdolnienia, to jest bez sensu. Gdyby tak miało być, nie byłoby dwóch płci. W naturze nie ma miejsca na błędy i głupie zbytki. Gdyby jedna płeć miała dać radę temu co wśród nas dają ledwo dwie, to by była jedna. (Coś dla Ciebie: niebieska książeczka 2331-2336 i 369-373. 2332 chyba jest wprost o tym, o czym piszesz.)

    A wszystkim polecam Perelandre C.S.Lewisa, piękny pomysł i genialny moim zdaniem opis różnic kobiety i mężczyzny. Gdybyście z całego posta o relacji widzieli tylko ten fragent o uzdolnieniach kobiet...

    Autor: Blogger Marcin od m., 22 listopada 2009 21:25  

  • Prawdopodobnie Autor bloga wolałby, żebym zamilkła (skoro napisał o śmietniku), ale tego nie zrobię choć taka była moja pierwsza myśl. Pomyślałam, że skoro ktoś publikuje swoje przemyślenia i pozostawia możliwość komentowania, to i na nieprzychylne komentarze powinien być przygotowany.
    Co ciekawsze, moje poglądy są w wielu przytaczanych tu kwestiach zbieżne z poglądami Autora. A krytyczna uwaga dotyczyła raczej topornej formy niż treści.
    Skąd więc te nieporozumienia? Może to ten inny - właśnie męski i kobiecy punkt widzenia...
    Brak przytakiwania nie oznacza przecież negowania.
    Kilkakrotnie padające tu zdania były dla mnie inspiracją, czego nie przemilczałam.

    Drugi (druga osoba) jest inny - to wg mnie pierwsza rzecz, której trzeba nauczyć się w miłości.
    Dobrze jest poznawać wzajemnie męski i kobiecy świat. Ale to, czemu zawsze się sprzeciwiam, to stawianiu tych dwóch światów w opozycji. "Kobietą i mężczyzną stworzył ich". To "i" jest wg mnie bardzo ważne.

    Pozdrawiam i wszystkiego dobrego życzę!

    Autor: Anonymous kob-, 22 listopada 2009 23:29  

  • Ten post został usunięty przez autora.

    Autor: Blogger Marcin od m., 23 listopada 2009 07:44  

  • Ten post został usunięty przez administratora bloga.

    Autor: Anonymous kob-, 23 listopada 2009 08:59  

  • Ten post został usunięty przez autora.

    Autor: Blogger Marcin od m., 23 listopada 2009 19:16  

  • I dopiero w świetle powyższych przykładów można poprawnie zinterpretować fragment
    cyt"2332 Płciowość wywiera wpływ na wszystkie sfery osoby ludzkiej w jedności jej ciała i duszy. Dotyczy ona szczególnie uczuciowości, zdolności do miłości oraz prokreacji i - w sposób ogólniejszy - umiejętności nawiązywania więzów komunii z drugim człowiekiem." Już ci pisałem na privie że wiem czym jest unisex i nie o to mi chodzi więc ci to rozrysuję
    Jeżeli sobie wyobrazimy Miłość jako Światło Białe to ma ono określone spektrum- zakres Fal widzialnych dla nas i tych nie widzialnych ja uważam że żadne z nas bez względu na płeć nie rodzi sie Daltonistą, uważam że wszyscy widzymy pełen zakres Barw bo jest on nam potrzebny by poznać Boga i Kochać siebie nawzajem. Ja nie uważam że ktoś kto się rodzi mężczyzną nie może budować jakiś tam relacji, ja uważam że wszyscy mamy takie same przyrodzone zdolności tylko inaczej z nich korzystamy. Magisterium Nauczycielskie Świętego Kościoła Katolickiego naucza że różnie przeżywamy swoją rzeczywistość emocjonalna ze względu na płeć ale to nie znaczy że zupełnie odmiennie, żeby to podkreślić pisze cyt. "w sposób ogólniejszy - umiejętności nawiązywania więzów komunii z drugim człowiekiem" Więc nie jest prawdą że Kobiety widzą część spekrum powiedzmy do niebieskiego a mężczyźni resztę bo tylko tyle im potrzeba.

    Błąd zrobiłeś w miejscu w którym zaczełeś sie posługiwać Katechizmem wyrywając zdania z kontekstu by potwierdzić swoją tezę, jeżeli uznasz moja racje to proszę o usunięcie zdjeć z lekcji poglądowej bo maja charakter seksistowski a sposób myslenia który preferujesz jest odpowiedzialny za ogromne trudności które maja ojcowie z uzyskaniem praw do opieki nad dziecmi po rozwodzie szczególnie wtedy gdy matka powinna byc ich pozbawiona.
    Za dużo Eldrigea i Lewisa a za mało Katechizmu Marcinie i powiedz mi zastanawiałes sie kiedyś po co mężczyzną sutki skoro cyt ciebie "W naturze nie ma miejsca na błędy i głupie zbytki."
    Tomek

    Autor: Anonymous Anonimowy, 23 listopada 2009 20:14  

  • Dobra Marcin do tego co napisałeś ustosunkuję się pokolei

    Koroną stworzenia nazywa się faktycznie w tradycji Kobietę ale jest to umowne określenie więc moge je dowolnie modyfikować w zależności od kontekstu wypowiedzi pisząc o ludzich jako o koronie stworzenia chciałem podkreślić różnice między ludzmi a zwierzętami(np. powołanie do życia wewnątrz tajemnicy Trójcy Świętej, przybrane Synostwo itp.) na co się najwyraźniej nie załapałeś bo cyt. "jakby jakieś prymitywne i mizerne zwierzę obdarzono rozumem takim jak mnie, w dodatku kazano mi się tym zwierzętom kłaniać"- btw wiesz może że ta historyjka o tym że diabeł miał sie nam pokłonić pochodzi z tradycji muzułmańskiej a nie katolickiej i moim zdaniem jest chybiona.

    Jeżeli chodzi o sens dwóch płci świetnie tłumaczą go wyrywki z Katechizmu które podałeś i tak czytamy że "371 !!!Mężczyzna i kobieta, stworzeni razem, są chciani przez Boga jako jedno dla drugiego!!!. Słowo Boże pozwala nam zrozumieć tę prawdę w różnych fragmentach tekstu świętego. "Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc" (Rdz 2, 18). Żadne ze zwierząt nie może być tym "partnerem" mężczyzny 232 . Kobieta, którą Bóg "kształtuje" z żebra wyjętego z ciała mężczyzny i którą przyprowadza do mężczyzny, wywołuje u niego okrzyk podziwu, miłości i jedności: "Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!" (Rdz 2, 23). !!!Mężczyzna odkrywa kobietę jako inne "ja" tego samego człowieczeństwa"!!!" wykrzykniki są odemnie dla podkreślenia tego co moim zdaniem dla ciebie najważniejsze.
    Jednocześnie czytamy także że "372 !!!Mężczyzna i kobieta są stworzeni "jedno dla drugiego": Bóg nie stworzył ich "jako części" i "niekompletnych"!!!. Bóg stworzył ich do wspólnoty osób, w której jedno może być "pomocą" dla drugiego, ponieważ są równocześnie równi jako osoby ("kość z moich kości...") i uzupełniają się jako mężczyzna i kobieta. Bóg łączy ich w małżeństwie w taki sposób, że stając się "jednym ciałem" (Rdz 2, 24), mogą przekazywać życie ludzkie: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię" (Rdz 1, 28). Przekazując swojemu potomstwu życie ludzkie, mężczyzna i kobieta jako małżonkowie i rodzice współdziałają w wyjątkowy sposób z dziełem Stwórcy "
    więc nie jest prawdą że cyt ciebie "Częstsze jest u kobiet, bo patrząc z perspektywy uzdolnień naturalnych, właśnie to jest ich domena - budowanie więzi, wzajemnych odniesień, relacji właśnie, poczucia bliskości, przynależności, wspólnoty działań, myśli i uczuć. I inne tym podobne." mało tego nawet nie widzę że można to pogodzić ze sobą.

    Autor: Anonymous Anonimowy, 23 listopada 2009 20:14  

  • Przepraszam tych wszystkich czytelników, którzy oprócz wpisów czytają też komentarze, a mają pewną dozę przyzwoitej wrażliwości. Zapędziłem się, obiecuję być bardziej krytyczny w komentarzach i w wyborze tych, które zatwierdzam.

    Autor: Blogger Marcin od m., 24 listopada 2009 18:14  

  • Pani kob-, limeryk dla Pani, jako osoby spragnionej poezji.

    Pewien męski głos o miłości
    komentowała kob, zawsze w nieomylnej pewności.
    I choć autor prosił, aby ten miłosny niecodziennik
    nie wyglądał jak emocjonalny śmietnik,
    nie powstrzymał kob w jej złośliwości.





    Tak, macie Państwo rację. Kobiety nie mają żadnych uzdolnień do relacji. Tak, nie tylko nie mają uzdolnień naturalnych, ale jeszcze trzeba dodać, że to mężczyźni są od nich w tym lepsi. Lepiej sobie radzą z nawiązywaniem relacji, z ich utrzymaniem, częściej i bardziej do tego dążą, naturalnie uzdolnieni w tym kierunku przejawiają empatię i wrodzoną wręcz troskę o inne stworzenia nawet, a co dopiero o samice swojego gatunku. Właśnie dlatego należy sferę nawiązywania relacji, ich prowadzenia i utrzymywania zostawić w rękach mężczyzn. Tak! Skończmy w końcu z tym nawykiem ogólnokulturowym, z tym przymusem niesprawiedliwym, oddawania prymatu kobietom w relacjach. Wszak się do tego nie nadają. Oddajmy relacje w ręce mężczyzn i chłopców, będziemy w końcu mieć prawdziwie przyjaźnie, szczęśliwe małżeństwa, szczęśliwe i dostatnie społeczeństwo. Ba, nawet osiągniemy raj na ziemi. Tylko skończmy z tym wmawianiem ludziom, że kobiety lepiej sobie w czymkolwiek od mężczyzn radzą.

    A poza tym to Pani kob- ma rację, zdecydowanie więcej i lepiej wie o mnie i o moim męskim sposobie przeżywania świata kobieta, niż może wiedzieć mężczyzna o kobiecym. Choćby taka Sherry Argov. Nie wiem jak ona to zrobiła, ale jak czytam jej książkę "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" to jakbym czytał swoje myśli. Wszystko ukryte stało się dzięki tej książce jawne. W końcu moja żona, matka i siostra będą mogły mnie dogłębnie zrozumieć...

    Autor: Blogger Marcin od m., 25 listopada 2009 09:41  

  • Ten post został usunięty przez autora.

    Autor: Blogger Marcin od m., 25 listopada 2009 10:33  

  • Ten post został usunięty przez autora.

    Autor: Blogger Marcin od m., 25 listopada 2009 10:42  

  • Wielką łaską, sztuką połączoną z wielkim trudem i mozolną pracą, pięknem i umiejętnością jednocześnie jest dbałość o to,by wszystkie relacje choć troszeczkę zawierały się w miłości i z niej wypływały.
    Celem tej dbałości jest to,że wszystkie relacje miłość będą w sobie miały.
    cel jest bardzo trudny,bo np.jak po prostu kochać kogoś,kto mi właśnie depcze po palcach w autobusie i krzyczy na mnie,że mu zastawiam drogę???
    a tu celem jest kochać go i jeszcze grzecznie , z miłością powiedzieć,co myślę,ze niemilo mi być podeptanym,a w srodku wszystko w nas wrze i kipi!!! a tu nasz stosunek do tego człowieka ma wypływać z miłośći do tego współpasażera....i tak zawsze i wszedzie z miłością do wszystkich,w różnych relacjach....bardzo trudne.podobno możliwe.
    kochać kogoś kogo właśnie nie lubię,nie chcę lubieć i w ogóle to jeszcze mnie krzywdzi.

    Ciężka praca,ale warto.podobno można dać radę.
    podobno. ja w to wierzę, ale do konkretów,to nie zawsze wychodzi.
    dlatego,jak wychodzi,to każdy z nas powinien takie sytuacje zauważać i się z nich cieszyć.że ma tę łaskę,że podjął ten trud,że tak pięknie wyszło i relacja jest zagłębiona w miłości.
    ps.bardzo dawno tu nie zaglądałam.
    szczerze,to aż strach pisac w atmosferze nadzoru-co przejdzie,co nie,kłótni i złośliwości czyli niepokój.
    tyle niepokoju ze strony Drogich komentujących,lecz z Twojej strony,Drogi autorze strony,też go zdecydowanie za dużo .

    pozdrawiam
    królik

    Autor: Anonymous Anonimowy, 25 listopada 2009 12:52  

  • przepraszam za literówkę .powinno być "lubić",a nie "lubieć".
    pozdrawiam.
    Interesujące jest,że ludzie 21wieku przed komputerem mogą wytrzymać wiele,wiele godzin.
    ja po jednym dniu pracy przy klawiaturze czuje,że ciało odmawia posłuszeństwa,zwłaszcza oczy...
    Dziękuję za zamieszczenie komentarza. królik

    Autor: Anonymous Anonimowy, 25 listopada 2009 15:24  

  • Zgadzam się, za dużo.

    Nie zamierzam być Państwu wzorem i bezbłędnym wykonawcą miłości, o której piszę. Nie jestem wychowawcą. Jestem zwykłym mężczyzną starającym się kochać tak odmienną istotę, jaką jest bardzo kobieca żona, i czasem, w ramach pracy zawodowej, pomagam innym poukładać sferę miłości.

    Pisząc tutaj staram się raczej z perspektywy prostych faktów, obserwacji i doświadczenia z mojej pracy i częściowo życia, dochodzić do podstaw całego zagadnienia Miłości. Do takich podstaw, co do których możemy w większości dojść własnym rozumem i na tej podstawie szukać prawdy o niej. A że poszczególne artykuły ogniskuję wokół jakiegoś hasła, to już tylko pomysł na formę. Proszę mi wierzyć, że gdybym pisał wprost tak, jak zazwyczaj biegnie mój tok myślenia, kiedy na codzień moje myśli krążą między innymi w świecie filozofii, techniki budowlanej i konstrukcji pojazdów...

    Proszę nie bać się atmosfery nadzoru, po prostu wymuszono na mnie tłumaczenie się z podstawowych spraw. Choćby z tego, że jako "moderujący dyskusję"... moderuję ją.

    Autor: Blogger Marcin od m., 25 listopada 2009 16:07  



Linki do tego posta:

Utwórz link

<< Strona główna