Marcin od miłości

czwartek, 28 maja 2009

pisać o Miłości?

      Od kilku dni staram się znaleźć chwilę czasu na napisanie tego, co już mam przygotowane w głowie. Akurat siedzimy w Kotowinie nad Rospudą (polecam linki obok). Zamiast chodzić po trawie, obserwować ptaki, których tu zatrzęsienie, odpoczywać karmiąc oczy i uszy płynącą rzeką, karmić się zapachami, które tak dobrze znam, albo choć pójść do sauny z Ojcem, albo poganiać łabędzie po podwórku (co najmniej się nie krępują), siedzę trzeci dzień przy komputerze próbując go oszukać, że licencja na SPSS jeszcze nie wygasła, bo mam akurat pilnie coś policzyć.
      Poprzednie nasze przemieszczanie się samochodem (kolejne 1000km) obfitowało w rozmowy o miłości. Włączone radio nadawało na zmianę piosenki o niej i audycje. Na mszy kazanie o... miłości. Fragment z Ewangelii zresztą też o miłości. Powróciło do mnie pytanie, które zadałem sobie już kilka lat temu - czy warto jeszcze o niej mówić? Czy warto pisać? Bo, że zajmować się warto, to pewne (nie chciałbym tak żyć, żeby być na miłość obojętnym)!
      Jest tyle napisane, zaśpiewane, wytańczone i namalowane o miłości... Co może dodać kilka pomysłów kolejnego człowieka, który sobie chwilkę chodzi pomiędzy żywymi? W mojej pracy magisterskiej, która oczywiście była o miłości, też sobie to pytanie zadałem. Odpowiedź jest prosta - nie ma nic innego wartego uwagi niż miłość.

      Oczywiście trzeba wiedzieć czym ona jest, jak ją rozumieć. Bo to decyduje jak ją widzisz. Gdzie ją widzisz. Jak bliską lub odległą Ci się wydaje. Im więcej poznajemy, tym więcej rozumiemy, a to tylko po to, aby kochać. A miłość nie kończy się na relacji z drugą osobą. To jest o wiele większa przygoda.

czwartek, 21 maja 2009

"dobrze, kochana mamusiu!" vel teściowie i przyszli teściowie vel mecz życia

      Nieco dłuższa notka będzie, uprzedzam lojalnie. Nie mogę zatrzymać myśli zbyt szybko. Mi by to wystarczyło, w końcu to moje myśli. Chcę być też łatwiej rozumiany, a to wymaga słów. Paradoks, bo ich nadmiar rodzi nieporozumienia tak samo jak niedosyt...


      Od kilkunastu dni los rzuca mną po Polsce, tym razem jestem w Świnoujściu. Głównym powodem takiego "wałęsania się" (zazwyczaj jeszcze nasza głowa, lub inni dodają "bezproduktywnego") jest moja rodzina. Zasada jest prosta - jak już jestem w jednym miejscu to zostaje tylko 140 km aby wpaść w odwiedziny do kogoś drugiego. A stamtąd następne tylko 160 do kolejnego. Potem mam sprawę do załatwienia 300 km dalej, ale skoro i tak już jestem ponad 600 km od miejsca, w którym mieszkam (tak przynajmniej piszę w różnych dokumentach, bo to nie tajemnica, że więcej jestem gdzieś w drodze), to w zasadzie sensowniej jest pojechać już jakby przy okazji, niż potem specjalnie jechać tysiąc km... A że w tym momencie akurat dowiaduję się przez telefon, że dziadek jest w szpitalu - dokładam następne 200.

      I tak w kółko. W zasadzie to rodzinne przyzwyczajenie, jakieś odgrywanie tego samego tańca co z rodzicami od dziecka (też tak jeździliśmy). Znajomi mówią, że Michał dostanie prawo jazdy za ilość zrobionych kilometrów. Pani Żona mówi, że przez zasiedzenie mu dadzą - bo siedzi zazwyczaj za moim siedzeniem, czyli za siedzeniem kierowcy. Myślicie, że w wydziale komunikacji to przejdzie?


      Jarema napisał o opuszczaniu domu rodzinnego - Opuścić matkę i ojca?. Bardzo często widzę te problemy. Nie wiem jak układają to osoby, które wybierają życie zakonne oraz kapłaństwo, nie pytam zazwyczaj ich o to. Może to też jest ważne - z nimi nie ma być może potrzeby rozmawiać o relacjach z rodzicami, bo ich powołanie już niejako "samo" sprawę załatwia. Albo też ich wspólnoty są o wiele mądrzejsze niż przeciętny małżonek i dopracowali się form, które zapobiegają trudnościom, lub wręcz mądrze te relacje prowadzą. Bo wśród małżeństw sprawa teściów przysparza trudności. A jest też bardzo ważna.

      Z jednej strony sprawa jest bardzo łatwa - mógłbym narysować wykres, podać zasadę i już. Z drugiej strony sprawa "teściowej" (zauważcie, bo to ważne, że dowcipów o teściach prawie nie ma, kiedy o teściowych jest ich po prostu pełno), budzi tak wiele skojarzeń, emocji i przysparza małżonkom wielu trudności. Nieraz bardzo trudnych do rozwikłania. Trudno sprowadzać różne osoby, różne wydarzenia, ogromną ilość niuansów, przeżyć, czynów i słów do jednego mianownika i podać uniwersalne rozwiązanie. A jednak ono jest! (jednym okiem oglądam mecz o puchar UEFA, jest na co patrzeć).

      Rozwiązaniem jest miłość. Dlatego napisałem, że to prosta sprawa i nie ma za bardzo o czym się rozpisywać - miłość taka jest, prosta. To raczej o problemach, o trudnościach i wykrzywieniach można się rozpisywać i rozpisywać. Zło ma to do siebie, że jak zaczniemy wchodzić w jego niuanse, to wydaje się, że nie mają końca i nie ma rozwiązania. Zresztą im bardziej byśmy w nie weszli, tym trudniej by było w ogóle widzieć, że rozwiązanie jest potrzebne...

      Pod natchnieniem chwili mam metaforę - małżeństwo jest jak piłka nożna, tym lepsza im bardziej czytelne zasady i jasno określony cel, na którym zależy każdemu z zawodników, a którzy na czas meczu angażują się tylko w mecz. Ładne, samemu mi się podoba. Właśnie w momencie stawiania tej kropki padł gol!! GOOOOLLLLLLL!!!!!! Prowadzi Szachtar Donieck 2:1. Dziewczyny na widowni, kibicujące Werder Brema, płaczą... A teraz riposta, ale bramkarz Szachtera broni jak bohater! Dziewczyny kibicujące Szacharowi, na widowni kwitną. Ciekawe jest to, że ostatni w historii mecz o puchar UEFA rozgrywa się pomiędzy reprezentacją Niemiec i Ukrainy na stadionie w Stambule. Może jakiś znak? No i właśnie ten ostatni mecz wygrywa Ukraina! Naprawdę choćby tak patrząc - "historyczna chwila".

      A teraz będą komentarze ze studia i idę o zakład, że będą w duchu ogólnej negacji wszystkiego i poddawania w wątpliwość. To też jest element tej metafory.


      Zacznijmy od oczywistości - jedyną rzeczywistością do budowania przez małżeństwo jest małżeństwo. Nie ma żadnej innej rzeczywistości do budowania przez małżonków. Jeśli nie wierzysz - zastanów się nad piłkarzem, który w czasie meczu zaczyna robić coś innego niż grać. Nie widziałem małżonków, którzy o tym wiedzą i tego przestrzegają, by mieli kłopoty z teściami w swoim małżeństwie i ich wpływem na siebie. Raczej tacy małżonkowie prędzej będą dobrym przykładem dla małżeństwa teściów (tak, tak, oni też mają swój mecz) i jeszcze im pomogą, niż sobie pozwolą szkodzić.

      Druga sprawa - w meczu grają tylko dwie drużyny, trzeciej drużyny nie ma. Nie chodzi tu tylko o banał w rozumieniu kolejnej drużyny jako kochanki, kochanka. Sprawa wygląda tak samo jeśli chodzi o rodziców małżonków. W sytuacji rozgrywanego meczu wszyscy inni są widownią - sąsiadka, znajomi z gg i naszej klasy, kolega z pracy, matka i ojciec, teść i teściowa. Ta reguła bywa łamana i przez te osoby z zewnątrz i przez małżonków samych. Będąc na boisku nie ma możliwości zadzwonienia do mamusi i zapytania "mamo, mam biec w tę stronę czy w drugą, żeby strzelić gola?", bo mama odpowie coś w stylu "ależ dziecko, tylko nie biegaj! (bo tak się o Ciebie martwię, bo tak kocham, żebyś sobie czegoś złego nie zrobił, -a)". Po prostu nie ma czasu i miejsca na to. Miłość nie ma przycisku "pause". Ta sama reguła działa w dwie strony - nikt nie da rady zadzwonić w trakcie meczu do bramkarza i powiedzieć mu "słuchaj, będą szli prawym skrzydłem, bądź czujny".

      Trzeci niuansik (i ten i powyższy wynikają z zasady głównej - nie ma innej rzeczywistości do budowania...) - poziom zaangażowania w grę. Mecze są słabsze i lepsze. Są też takie, na które nie można patrzeć. Tak jak małżeństwa. Nie przekreśla to sensu i piękna futbolu! Choć tak wielu lubi w to uderzać, udowadniając brak sensu małżeństwa, albo wręcz istnienie samej miłości.

      Sprawa czwarta: mecz potrzebuje określonych i zawsze takich samych elementów. Napiszę to aluzyjnie i wieloznacznie. Piłka musi wpadać do bramki, a bramka musi być otwarta. Nawet jak gol był na spalonym i nie jest uznany. Jeśli to jest mecz bez goli, to tak samo się odbywa. To nie gole decydują o tym, czy to jest mecz (jasne, o czym mowa?). Piłka musi być, boisko musi być. Drużyny muszą być dwie i sobie przeciwne (to a propos wątpliwości o płeć małżonków). Mecz rozgrywa się naprawdę i tylko raz. Piłkarze naprawdę kopią, biegają i się pocą. A więc i śmierdzą. Wymaga to odwagi, wytrzymałości, cierpliwości, strategii, rozsądku i braku obaw przed rzucaniem się twarzą na murawę. Nie ma miejsca na strach przed zranieniem. Nie ma miejsca na zwlekanie z decyzją (z pozdrowieniami dla tych, którzy jeszcze nie kupili pierścionków).


      Jest jedna różnica - małżeństwo nie ma sędziego. Chyba, że odwołamy się do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Nie ma też trenera, selekcjonera itp. Wchodzenie (i wpuszczanie) w te role rodziców jest bardzo złym rozwiązaniem (nikt nie bierze na sędziego zawodników trzeciej drużyny).
      Prawdę mówiąc Miłość jest dziwna, bo jeśli szukać takich: sędziego i trenera, to sama Miłość jest nimi. Tak samo jak tym meczem, w którym gramy i piłką, którą ten mecz jest rozgrywany. A także i boiskiem, po którym biegamy.


      Brak mi miejsca i skupienia już, żeby napisać o zakonnej wersji piłki nożnej i też o takich, co rozgrywa się je samotnie. Przy okazji, mam nadzieję. Pozdrawiam Was serdecznie.

Etykiety: , , , , , , ,

piątek, 15 maja 2009

Kurpie białe i zielone

      No tak, mam pracować nad czymś innym, to napiszę coś tutaj. Klasyka uciekania od stresu, kiedy trzeba zrealizować jakieś zadanie.

      Dzisiejszy nocleg w innym gospodarstwie agroturystycznym niż poprzednio pomógł mi zrozumieć co mi nie pasowało tam (podróż i podróże). Jesteśmy dla odmiany w miejscu, które z chęcią Wam polecę. Zwykłe gospodarstwo, niemałe, Państwo mają krowy i żyją z mleka. Podobnie jak w tym wczorajszym miejscu (Dorota Samsel, miejscowość Czarnia blisko Myszyńca) pokoje mają łądnie zrobione, jest czysto. Różnice - tu jest jakoś "zwyczajniej". Postanowiłem trochę pozbierać myśli i odczucia z tych dwóch miejsc, żeby jakoś zrozumieć dlaczego tamto miejsce jest dla mnie przykładem czegoś niewłaściwego. To miejsce, z którego piszę, nazwę A, tamto B.

      A jest rozbudowanym domem, w którym mieszkają gospodarze z dwiema córkami i rodzicami gospodyni (dla gospodarza teściowie). B jest wystawnie zrobionym wielkim budynkiem stojącym w ten sposób, że najładniej wygląda od drogi. Mieszkańców B zobaczycie na ich stronie www.agrodorota.pl zapewniam, że na codzień nie chodzą tak tradycyjnie ubrani, mieszkańców A musiałbym opisać, chyba, że zrobimy sobie z nimi zdjęcie.

      A między domem a drogą ma łączkę, płot, mały sad, B: drogę, chodnik z kostki betonowej, dwie rzeźby (Kurp i Kurpianka), ławeczki dookoła ogniska i kilka starych maszyn rolniczych pomalowanych na rdzawo-różowo. A ma drzewa dookoła, sąsiadów z jednym płotem i za drugim, zaczynają się łąki obok i pastwiska, B jest na otwartej piaszczystej przestrzeni, bez sąsiadów bezpośrednio obok. I taka płodność otoczenia jest świetnym obrazem całości. Ale opiszę więcej.

      Pokoje w B są świetnie zrobione, również łazienka i kuchnia - a podobno mają jeszcze jedną kuchnię i łazienki dwie więcej - wysoki standard. Zrobione z gustem i wg wskazań mody. Pokoje w A są "tylko" ładne i bardzo ładne - każdy ma łazienkę swoją. Kuchnia jest bardziej swojska. W całości na podłodze są deski, w B terakota. Wejście do A jest z podwórka, porządnymi szerokimi, niefantazyjnymi schodami, wejście do B jest "czadowymi" kręconymi schodami. Dzięki temu wchodząc do luksusów B z plecakiem, walizką, koszem i wanienką dla Michała musiałem wykonać co najmniej dwa razy tyle wysiłku co wchodząc na górę do A. Na szczęście gospodyni B zgodziła się puścić Kamę z dzieciątkiem na ręku przez swoją część mieszkalną - nie omieszkała mi przy okazji powiedzieć, że "w zasadzie tego nie praktykujemy, tam jest nasza część prywatna". Nie wiem czy powinienem opisywać tak szczegółowo - najprościej mówiąc różnice są ewidentne, odczułem je od razu, ale musiałem (jak to typowy chłop niestety) dużo o tym myśleć, żeby:
a) dojść do tego o co mi chodzi, co czuję
b) móc to ponazywać
c) zobaczyć, że to nie moje wymysły, ale konkrety.

      Na drzwiach mieszkalnych A jest skrót K M B 2009, drzwi B możecie zobaczyć na zdjęciach ich strony. Są, jak ja to nazywam, zrobione na ładne, zrobione na wystawne. Gościnność A i B - dodam do tego co wyżej, że tu przyjęła nas najpierw starsza córka - zwyczajna urodziwa i bystra nastolatka, ubrana jak większość nastolatek, ale jednak z gustem - potem stadko 24 krów (liczyłem, żeby wiedzieć z kim mam do czynienia) z gospodarzem w roboczych ubraniach i ładnym krucyfiksem na szyi, a za stadem idący teść ciągnący rower (kto nie ma takich doświadczeń nie zrozumie o jakich wzruszeniach piszę), a na końcu Gospodyni, po której córka ma urodę. Na powitanie "Szczęść Boże" wiedzieli jak odpowiedzieć. W B jakoś inaczej się przywitaliśmy, ale i Szczęść Boże ze mnie nie wyszło.


      Czy mam prawo mówić, że jedno jest agroturystyką, a drugie nie bardzo? Oczywiście może się ktoś czepnąć, że to wszystko rzecz gustu. Ja jednak twierdzę, że pewne rzeczy są obiektywne i coś może być bardziej, a coś mniej uporządkowane w odniesieniu do swojej natury, albo celów do których zostało powołane.

      A teraz zróbmy mały trik - umówmy się, że nie pisałem o gospodarstwach agroturystycznych, tylko o dwóch małżeństwach,
które spotkałem. Wyobraź sobie po prostu miłość typu A i typu B, w klimacie jaki z tych opisanych gospodarstw wynika. Może jednak jest sens rozmów o wartościach, o tym jak powinno być, dokąd zmierzamy, czym żyjemy - choć jesteśmy gospodarstwem / małżeństwem tak jak inni, mamy dotacje, prawa, ulgi, obowiązki, przyjmujemy gości? Tylko czy to jest to samo?



      ps. Kurpie Białe i Zielone - na pograniczu tych dwóch dawnych kultur się poruszamy właśnie. Przy okazji widzę, że czeka mnie notka o tradycji i dawnych podziałach regionalnych oraz ich znaczeniu dziś.

Etykiety: , , ,

czwartek, 14 maja 2009

Kermit i Panna Pigi

      Widziałem wczoraj pewną parę. Przy stoliku obok siedziały cztery osoby chłopak i trzy dziewczyny. Te dwie były chyba tylko po to, żeby ta trzecia mogła im pokazać ich miejsce (jako, że to ona jest z chłopakiem, a nie one). Dlaczego zwrócili moją uwagę?

      Ton nadawała właśnie ta zachłopaczona (pierścionka ani obrączki nie widziałem, zresztą nie wyglądali na małżeństwo). Ogólnie stolik był zarażony jej nieciekawymi wizjami świata, a dokładnie emocjami dot. wizji świata wszystko było nie tak, każdy człowiek czy pani w dziekanacie (jak wiadomo dziś takie czasy, że jak się nie studiuje naprawdę, to przynajmniej się jest na uczelni i się o tym opowiada przy okazji rodzice mogą się pochwalić sąsiadkom moja córka studiuje), czy ich wspólne znajome, robili coś, co było z całą pewnością głupie, beznadziejne, a nawet przeciwko zachłopaczonej. Dwie pozostałe współdzieliły afekty. Mężczyzna inaczej raczej starał się ją stonować, złagodzić jej nieciekawe emocje. Trudno mi to oddać słowami, ale widziałem to wielokrotnie. Łagodny, przymilny mężczyzna z ostrą, agresywną i oskarżającą świat dziewczyną.

      No i się zastanawiam na czym to polega? Na czym są oparte takie związki i o co chodzi takim facetom? To jest coś w rodzaju przymilania się. Być może jest w tym kawałek ja ją uratuję w tym przypadku od jej nieciekawego reagowania na świat. Ale to coś jeszcze. Może to jest wyzwanie czy dam radę ją zdominować. Tylko jakoś w tym przypadku tego nie widziałem. To był na oko spokojny, stabilny człowiek. Spokój niedźwiedzia raczej niż spokój słabego wątlaka, więc nie z bezsilności jego to wynikało przynajmniej potencjalnej. Bo mógł ją zagrzebać. I to wydaje mi się jakiś trop zagrzebał siłę, umiejętność milczenia, dystansu do czyjegoś świata problemów i zdolność dominacji w imię... ? Zasłużenia na miłość? Na uwagę?
     Nieraz mam wrażenie, że to jakieś powtórzenie sposobu przeżyć relacji z matką
ostrą, narzekającą kobietą i przymilność do niej, żeby ją nieco przestawić na inny sposób odczuwania tak, aby otrzymać nieco ciepła. Bo inaczej sama z siebie tego nie da, tak jest zaangażowana w narzekanie i ogólną wrogość (siebie, innych, świata ogólnie).

      Przypomniał mi się duet Kermit Żaba i Panna Piggi.

Kermit Piggy

      Ona zachłopaczona właśnie, tyle, że tylko w jej własnym mniemaniu tak silne miała chęci aby Kermit był jej, że uznawała to za fakt realny. Pan Żaba znów był miły, łagodny i nie sprzeciwiał się tak, aby zdominować, tylko tak na sposób ułożony i grzeczny. Więc do nakręconej i mocnej w swoich przeżyciach, a tym bardziej pragnieniach, że przecież musi być podziwiana (ang. adored jest trafne adorowanie w zakochaniu i adorowanie np. jako podziw artystki łatwo się nam w przeżyciach mogą mieszać) nic nie mogło dotrzeć, bo przecież "ona kocha", więc "to jest miłość między nami". Na tym polega egoizm uczuć. Nie bez znaczenia jest to, że nazwano ja nie świnką Piggi, ale Panną Piggi.

Etykiety: , , , ,

środa, 13 maja 2009

podróż i podróże

      Jeszcze jedno powiem zawczasu. Dużo podróżuję, choć nie „po świecie”, a po Polsce raczej i nie do końca z zamiłowania czy chęci przygód. Tak się jakoś układa, Opatrzność prowadzi. Rano wklejałem dawniej napisane posty siedząc w kuchni w Łomży, teraz siedzę w kuchni w jakimś domu w Czernej – tzw. gospodarstwo agroturystyczne.

      Jak podróże i moje podróżowanie ma się do Miłości? Ano ma się i to bardzo. Miłość jest podróżą.

      Te realne, odbywane w czasie i przestrzeni, uczą nas tej Wielkiej Podróży. Uczą w nią wyruszyć, uczą, że w ogóle jest taka podróż. Droga Życia. Nawet przy pobieżnym zastanowieniu, przynajmniej dla mnie, jest jasne, że jesteśmy podróżnikami (kto oglądał trochę pilniej Star Trek’a – postać Traveler’a), wędrowcami, pielgrzymami. Może napiszę przy jakiejś okazji o „podróży naszych umysłów” – ostatnio nad tym pracuję. Miłość to też częściowo podróż w czasie i przestrzeni, dlatego te realne podróże nas na nią mogą otworzyć. Ale też to jest taka droga, co ma nas zaprowadzić dalej i zdecydowanie w inny czas. Jeśli nie POZA CZAS.

      Gospodarstwa, w którym jestem, nie polecam. Zwie się „U Doroty”. Jak można się domyślić z linków obok my też zajmujemy się częściowo podobnymi sprawami. To tutaj jest z rodzaju „bogaczki” na wsi, co sobie chałupę odstawiła (cichy wyścig każdej, jak mi się zdaje, mniejszej miejscowości w Polsce, żeby „mieć domy takie wypasione”, ala dworek polski koniecznie z kolumnami, nawet jeśli wygląda to pokracznie, czy brzydko). Pieniądze z dotacji przeznaczyła na glazurę, kręcone schody i prysznic z wodotryskiem. Czyli ogólnie – mamy powtórzenie tego samego co z łatwością znajdziecie w miastach, tyle, że na podwórku sąsiada leży obornik. Taka agroturystyka z kompleksami i dążeniem do bycia „jak w mieście”.

      Oczywiście takie miejsca mają swoich fanów. Większość z takich fanów, którą znam, radzę omijać szeroko.

      Na kolację mam kanapki z krakersów i pasztetu z biedronki – tylko to było w sklepie tutaj. I woda w syfonie. Sprzedawała bardzo ładna i autentyczna Pani – lat ok. 60, jeszcze starszą i podobnie ładną i miłą spotkałem jadącą na rowerze (wskazała drogę do „sklepu”). Właścicielka tego gosp. jest z innego rodzaju...

Etykiety: , , , ,

Wybory

      Wpis z listopada 2007.

      No to mamy gorący czas.
      Niektórzy mówią nawet najwyższy czas (dla dociekliwych: to nie ironia, ani nie agitacja – nawiązanie do periodyku jednej z partii, która zresztą w tych wyborach w ciekawym połączeniu występuje; za chwilę zresztą cisza przedwyborcza).

      Co mnie ciekawi w tych dniach? Oczywiście to, co związane mniej lub bardziej z „moją dziedziną”. Spójrzmy na przykład na to, co nazywamy demokracją. Wiele o tym pisano, mnie interesuje jak to przeżywa, jak to widzi i rozumie pojedynczy człowiek. No i jak w tym postępuje. Wychodzi na to, że polska demokracja to hazard. Tylko w teorii i pięknych słowach dziennikarzy, profesorów i polityków jest to wyrażanie swojego głosu, wybieranie tego, co mi się najbardziej podoba, lub podobałoby w: polityce, gospodarce, służbie zdrowia itd...
W naszym wydaniu to raczej jak obstawianie konia w wyścigach.
      Najpierw muszę się zorientować, który ma największe szanse dobiec jako pierwszy, albo które konie w ogóle liczą się w gonitwie. Resztą nie ma się co zajmować. Nie będę przecież obstawiał tego, który prawdopodobnie przegra. Jak obstawie, to już nie jest wygrana konia i jeźdźca, tylko MOJA. Lub MOJA przegrana. Następnie należy próbować zwiększyć szanse tej „mojej” wygranej – trzeba przekonywać inne osoby do obstawiania tego samego konia, zaczynając od rodziny i przyjaciół, przez współpracowników, na telewidzach kończąc (jeśli akurat tak się złożyło, że pracuję jako redaktor TV). Albo lepiej – można zniechęcać do obstawiania innego konia. Można tez zniechęcić do dżokeja – „ten ma głupie nazwisko, tamten za mały”. Można tez zniechęcać innych do robienia zakładów w ogóle...
      Okazuje się, że bukmacherzy również mają w tych zakładach interes. Między innymi robią wstępne rozeznania – w końcu muszą wiedzieć jak poprowadzić zakłady, tak, żeby sami na tym mogli zarobić – i ogłaszają publicznie ile jest zakładów na dane konie. I tu kolejna niespodzianka, bukmacherzy też obstawiają, więc sami chcą zwiększyć szanse swojej wygranej (vel zmniejszyć konkurencji). Dżokeje i konie też, ale oni w pewnym momencie to już tylko stoją w boksach i w zasadzie z góry znają efekt tego, do czego jeszcze nie wystartowali. Pozostaje im zawsze nadzieja i polityczny optymizm. I podniosłe mowy do publiczności, w których zresztą chyba sami siebie motywują.

      Jeśli jest tak właśnie, to ma to konsekwencje: rodzi pewne postawy, nastawienie do całej tematyki gonitwy, uczy tez czym w ogóle jest ta gonitwa – jak ja rozumieć, jak w niej się zachowywać – wyznacza gotowe role.

Legenda:
Bukmacher – dziennikarz
Rozeznanie – sondaże
Gonitwa, walka – ja albo on
Demokracja – ja i on

Etykiety: , ,

remont dachu

      Drugi wpis napisany na potrzeby powstającego wtedy portalu. Miałem robić im za młodego naukowca, więc mieszanie betonu było co najmniej wykraczające poza stereotyp. Miło poczytać coś sprzed ponad półtora roku, głównie dlatego, że widać ile się zmieniło. Przy jakiejś okazji opiszę drugą warstwę tego wydarzenia, której na portal nie pisałem. Wrzesień/paździerik 2007

      Dzień pierwszy:
      A jednak się wyrwałem naprawić dach. Niby drobna sprawa – trochę papy, gwoździe, posmarować lepikiem i po bólu...
Na miejscu akurat padał deszcz, więc miałem okazję popatrzeć jak przecieka do środka – diagnoza była prosta i niemiła – nie tylko dach, ale i tarasy, w dodatku trzeba zrobić wylewkę z izolacją. Tiaa. Do odważnych świat należy!

      Drugi dzień:
      Znajomy „fachowiec” poradził kupić żwir, cement i zrobić samemu betonik. Zapewne dlatego, że tak taniej i on sam by tak zrobił. Ja jednak jestem człowiek zepsuty już konsumpcjonizmem i rozpieszczony „Wielki Pan z Warszawy” – kupiłem gotową mieszankę w workach po 25 kg. Zepsuty, bo to droższe i w tych okolicach takie zachowanie do „snobizm i burżuazja”. W dodatku płaciłem kartą! Kupiłem 30 worków, zbrojenie, folię, styropian, papę, lepik i inne gadżety budowlańca w jedynym sklepie, który przyjmował płatność kartą, zawiozłem to wynajętym samochodem (o zgrozo!) i... no właśnie. Skuć poprzednią wylewkę i pokrycie tarasów to mały problem, dwie godziny. Wnieść prawie tonę cementu i papy po schodach na drugie piętro, już nie mały. No nic, „przypakuję” nogi.
Wyrabiając godzinami beton łopatą w miednicy wmawiałem sobie, że naukowiec powinien znać „normalne życie”. Do nocy skończyłem jeden taras, na kolację zjadłem ponad 20 naleśników u wspaniałej ciotki... sam nie wierzyłem.

      Dzień trzeci:
      Policzyłem pozostałe worki. Nie pierwszy raz w życiu oszczędność i perfekcjonizm badacza wyszedł mi na złe – za mało cementu. Praca i życie wymagają rozmachu. Jadąc po następne, marzyłem o konstrukcji dźwigu z parteru na drugie piętro. Wnosząc worki po schodach, jedyną motywacją była solidna kawa. Łopata, miednica, kielnia – drugi taras skończony dwie godziny prędzej. A wszystko razem jednak dwa dni dłużej, niż było w planach.

      Dzień czwarty:
      Zamiast powrotu do W-wy i zwrotu samochodu do wypożyczalni, wziąłem się za łatanie papy. Pierwsze kroki na dachu skończyły się zapadnięciem nogi do środka. Druga bolesna diagnoza – zgniły deski. Po naukowych dywagacjach przy kawie i problemach z podjęciem decyzji (pocieszam się, ze ludzie inteligentni tak mają), zerwałem papę, wyciąłem część deskowania, łatając ubytki czym się dało. Wybiła piętnasta – jeśli mam zdążyć oddać samochód, i tak już przeciągnięty dobę, muszę wyjechać w tym momencie. Zostawiłem dach bez papy, w poczuciu „zrobienia za mało” (zapominając o ilości pracy i nadplanowych kilogramów). Czyżby pierwsze objawy neurotyczności naukowca? Czy tylko popularny perfekcjonizm...?

Etykiety: , ,

dawna poprawka

      Tak miała się zacząć przygoda z pisaniem bloga - wpis z września 2007 roku.

      No to się zaczęło. Laptop i pióro do plecaka, termos z herbatą (nie zdążyłem wypić przy śniadaniu), wyprasowana koszula, nepalska bluza kupiona w Londynie - w końcu wracam z wakacji i chcę to jakoś zaznaczyć. Jadę na uczelnię, przepytać kilka osób w ramach "kampanii wrześniowej". Nawet gdyby nie było widać tego po pogodzie i przyrodzie, nie uda mi się przegapić, że kończy się czas letni, zaczyna akademicki. Tak, "czas letni" to rzeczywiście lepsze określenie - wakacje bywały na studiach, kiedy naprawdę można było wyjechać i robić coś zupełnie innego. Teraz jest tak, że na "wakacje" planuje się zająć tym i owym, na co brakuje czasu w roku akademickim - przysiąść nad własną pracą, zrobić w końcu remont, załatać dach w rodzinnym domu. Z tego wszystkiego najmniej oczywiście pisania własnej pracy wychodzi. Choć w tle ciągle zapuszczony proces naukowego kombinowania i czasem cos z tego wynika.
      Na uczelni nic nowego - najpierw zderzam się z władzą administracji, która wyrzuca mnie z sali wyznaczonej wcześniej na poprawkę i każe mi przejść do innej. Biegam więc sobie od dziekanatu do strażnika z kluczami, żeby dali mi inną. Potem przechodzę z grupą ludzi w wieku mojej młodszej siostry - część przestraszona i o wyglądzie co najmniej solidnych niestrawności, część wyluzowana i z miną, jakby proponowali przyjacielskie piwo zamiast egzaminu. Lekki odorek potu i przetrawionego ze trzy razy powietrza (to od tych, co czekają od siódmej na egzamin na dziesiątą) zmieszany ze świeżym zapachem mydła i perfum (to od tych, co na ten sam egzamin przyszli o 10:40). Około dwudziestu osób. Myślę sobie: "Niepotrzebnie tyle usadziłeś na koniec zajęć, teraz byłoby mniej roboty". Kiedy zaczynam słuchać pierwszych odpowiedzi wątpliwości pryskają i widzę, że to co najmniej słuszne było. I co gorsze, niewiele się od czerwca zmieniło. Przynajmniej z wiedzą niektórych.

Statystyki starcia:
dwie oceny bdb,
jedna db,
jedna dst+,
dwie dst-,
dziewięć ndst.

      I dwa powracające pytania w takiej sytuacji:
- czy to ja tak źle prowadzę zajęcia, że takie głupoty potem powtarzają?
- co z tymi ludźmi, których "usadzam"? Czeka ich przecież warunek, a to sporo kasy, być może niektórzy zrezygnują przez to ze studiów...?



      Tak, zawsze tak było, że psychologowie są zbyt miękcy przy ocenianiu studentów...

Etykiety: , ,

wtorek, 12 maja 2009

początek

      Niniejszym rozpoczynam prowadzenie pamiętnika w tej formie. Nie jest to jednak zupełny jego początek - pomysł i pierwsze przymiarki miały miejsce już jakiś czas temu. Trochę ponad rok wstecz pewna dziennikarka zaproponowała mi pisanie "bloga" dla powstającego portalu. Miało to być coś, co zachęci ludzi do odwiedzania tego portalu i związania ich z nim. Z portalu nici, bo nie wypalił im pomysł (chyba z powodów inercji ludzi, tudzież z problemów finansowych - tak to rozumiałem z luźnych jej uwag), ale pierwsze wpisy już sobie gdzieś zapisywałem.

      Marcin od miłości to przydomek mojego patrona - Świętego Marcina de Porres. Ktoś kiedyś sluchając o czym mówię i piszę, do czego powracam, użył przez przypadek(?) tego samego zawołania na mnie. Bardzo mi się to spodobało, a po przemyśleniu i po prawie dziesięciu latach doszedłem do wniosku, że ten ktoś miał rację - jedynie dla miłości nie szkoda mi czasu.

      O pamiętniku dość intensywnie myśle od kilku miesięcy. Głównie dlatego, że próbuję jakoś ogarnąć swój warsztat pracy, tryb dnia ustalić i znaleźć ujście dla twórczości. Miał to być pamiętnik - notatnik na papierze. Kto wie, może do tego pomysłu wrócę, ale może też tak zostanie, a na papier będę przelewał inne słowa. Prowadzenie pamiętnika (w tym przypadku "bloga") ma swoje zalety - zauważyłem, że aktywizuje mnie to do większej twórczości w słowach (innej mi nie brakuje), bardziej skłonny jestem do skupienia i pisania właśnie także w innych dziedzinach (a na tym mi ciągle zależy) oraz jeszcze jedno, o czym napiszę za jakiś czas.

       Widziałem, że rozpoczynając blog, ludzie mają zwyczaj się przedstawiać, pisać o swoich zajęciach, zainteresowaniach itp. Ponieważ ja o swoim głównym już napisałem, a nie zależy mi też na "odkrywaniu komuś siebie", żeby mnie ludzie poznali itp, napiszę jeszcze kilka uwag ogólnych.

       Wydaje mi się, taki mam przynajmniej zamiar, że ten pamiętnik będzie częściowo pisany z perspektywy teraźniejszej, częściowo będę wspominał, albo wyjaśniał coś z mojej drogi do takich myśli i wniosków. Podobnie z wydarzeniami - będą takie z "teraźniejszości" (choć pisząc o czymś co się dzieje, już w momencie pisania takie wydarzenie jest przeszłością - w perspektywie logiki czasowej, w przeżyciowej jest inaczej) i z różnych momentów przeszłości. Być może uda mi się jeszcze napisać coś z przyszłości, jak zdarzyło mi się to już czasem - coś przewidzieć, głównie z dziedziny naszego życia społecznego i politycznego (bo to rzeczywistości dające się dość łatwo przewidywać). Mam też zamiar nie pisać zbyt wysublimowanych myśli, bo są takie, które tylko umysł każdego z nas jest w stanie jakoś ująć, a nawet czasem zrozumieć, inne umysły już nie, a są też takie sprawy, które tylko poezją można wyrazić. Tej jednakże mi nieco brakuje i raczej odległa mi to sztuka. Co będzie, to będzie, będę próbował oddać słowami myśli, trzymając się wybranego tematu - Miłości.

Etykiety: ,