Nieco
dłuższa notka będzie, uprzedzam lojalnie. Nie mogę zatrzymać myśli zbyt
szybko. Mi by to wystarczyło, w końcu to moje myśli. Chcę być też
łatwiej rozumiany, a to wymaga słów. Paradoks, bo ich
nadmiar rodzi nieporozumienia tak samo jak niedosyt...
Od
kilkunastu dni los rzuca mną po Polsce, tym razem jestem w Świnoujściu.
Głównym powodem takiego "wałęsania się" (zazwyczaj jeszcze
nasza głowa, lub inni dodają "bezproduktywnego") jest moja rodzina.
Zasada jest prosta - jak już jestem w jednym miejscu to zostaje tylko
140 km aby wpaść w odwiedziny do kogoś drugiego. A stamtąd następne
tylko 160 do kolejnego. Potem mam sprawę do załatwienia 300 km dalej,
ale skoro i tak już jestem ponad 600 km od miejsca, w którym
mieszkam (tak przynajmniej piszę w różnych dokumentach, bo
to nie tajemnica, że więcej jestem gdzieś w drodze), to w zasadzie
sensowniej jest pojechać już jakby przy okazji, niż potem specjalnie
jechać tysiąc km... A że w tym momencie akurat dowiaduję się przez
telefon, że dziadek jest w szpitalu - dokładam następne 200.
I tak w
kółko. W zasadzie to rodzinne przyzwyczajenie, jakieś
odgrywanie tego samego tańca co z rodzicami od dziecka (też tak
jeździliśmy). Znajomi mówią, że Michał dostanie prawo jazdy
za ilość zrobionych kilometrów. Pani Żona mówi,
że przez zasiedzenie mu dadzą - bo siedzi zazwyczaj za moim siedzeniem,
czyli za siedzeniem kierowcy. Myślicie, że w wydziale komunikacji to
przejdzie?
Jarema
napisał o opuszczaniu domu rodzinnego -
Opuścić
matkę i ojca?. Bardzo często widzę te problemy. Nie wiem jak
układają to osoby, które wybierają życie zakonne oraz
kapłaństwo, nie pytam zazwyczaj ich o to. Może to też jest ważne - z
nimi nie ma być może potrzeby rozmawiać o relacjach z rodzicami, bo ich
powołanie już niejako "samo" sprawę załatwia. Albo też ich
wspólnoty są o wiele mądrzejsze niż przeciętny małżonek i
dopracowali się form, które zapobiegają trudnościom, lub
wręcz mądrze te relacje prowadzą. Bo wśród małżeństw sprawa
teściów przysparza trudności. A jest też bardzo ważna.
Z jednej
strony sprawa jest bardzo łatwa - mógłbym narysować wykres,
podać zasadę i już. Z drugiej strony sprawa "teściowej" (zauważcie, bo
to ważne, że dowcipów o teściach prawie nie ma, kiedy o
teściowych jest ich po prostu pełno), budzi tak wiele skojarzeń, emocji
i przysparza małżonkom wielu trudności. Nieraz bardzo trudnych do
rozwikłania. Trudno sprowadzać różne osoby, różne
wydarzenia, ogromną ilość niuansów, przeżyć,
czynów i słów do jednego mianownika i podać
uniwersalne rozwiązanie. A jednak ono jest! (jednym okiem oglądam mecz
o puchar UEFA, jest na co patrzeć).
Rozwiązaniem
jest miłość. Dlatego napisałem, że to prosta sprawa i nie ma za bardzo
o czym się rozpisywać - miłość taka jest, prosta. To raczej o
problemach, o trudnościach i wykrzywieniach można się rozpisywać i
rozpisywać. Zło ma to do siebie, że jak zaczniemy wchodzić w jego
niuanse, to wydaje się, że nie mają końca i nie ma rozwiązania. Zresztą
im bardziej byśmy w nie weszli, tym trudniej by było w ogóle
widzieć, że rozwiązanie jest potrzebne...
Pod
natchnieniem chwili mam metaforę - małżeństwo jest jak piłka nożna, tym
lepsza im bardziej czytelne zasady i jasno określony cel, na
którym zależy każdemu z zawodników, a
którzy na czas meczu angażują się tylko w mecz. Ładne,
samemu mi się podoba. Właśnie w momencie stawiania tej kropki padł
gol!! GOOOOLLLLLLL!!!!!! Prowadzi Szachtar Donieck 2:1. Dziewczyny na
widowni, kibicujące Werder Brema, płaczą... A teraz riposta, ale
bramkarz Szachtera broni jak bohater! Dziewczyny kibicujące Szacharowi,
na widowni kwitną. Ciekawe jest to, że ostatni w historii mecz o puchar
UEFA rozgrywa się pomiędzy reprezentacją Niemiec i Ukrainy na stadionie
w Stambule. Może jakiś znak? No i właśnie ten ostatni mecz wygrywa
Ukraina! Naprawdę choćby tak patrząc - "historyczna chwila".
A teraz
będą komentarze ze studia i idę o zakład, że będą w duchu
ogólnej negacji wszystkiego i poddawania w wątpliwość. To
też jest element tej metafory.
Zacznijmy
od oczywistości - jedyną rzeczywistością do budowania przez małżeństwo
jest małżeństwo. Nie ma żadnej innej rzeczywistości do budowania przez
małżonków. Jeśli nie wierzysz - zastanów się nad
piłkarzem, który w czasie meczu zaczyna robić coś innego niż
grać. Nie widziałem małżonków, którzy o tym
wiedzą i tego przestrzegają, by mieli kłopoty z teściami w swoim
małżeństwie i ich wpływem na siebie. Raczej tacy małżonkowie prędzej
będą dobrym przykładem dla małżeństwa teściów (tak, tak, oni
też mają swój mecz) i jeszcze im pomogą, niż sobie pozwolą
szkodzić.
Druga
sprawa - w meczu grają tylko dwie drużyny, trzeciej drużyny nie ma. Nie
chodzi tu tylko o banał w rozumieniu kolejnej drużyny jako kochanki,
kochanka. Sprawa wygląda tak samo jeśli chodzi o rodziców
małżonków. W sytuacji rozgrywanego meczu wszyscy inni są
widownią - sąsiadka, znajomi z gg i naszej klasy, kolega z pracy, matka
i ojciec, teść i teściowa. Ta reguła bywa łamana i przez te osoby z
zewnątrz i przez małżonków samych. Będąc na boisku nie ma
możliwości zadzwonienia do mamusi i zapytania "mamo, mam biec w tę
stronę czy w drugą, żeby strzelić gola?", bo mama odpowie coś w stylu
"ależ dziecko, tylko nie biegaj! (bo tak się o Ciebie martwię, bo tak
kocham, żebyś sobie czegoś złego nie zrobił, -a)". Po prostu nie ma
czasu i miejsca na to. Miłość nie ma przycisku "pause". Ta sama reguła
działa w dwie strony - nikt nie da rady zadzwonić w trakcie meczu do
bramkarza i powiedzieć mu "słuchaj, będą szli prawym skrzydłem, bądź
czujny".
Trzeci
niuansik (i ten i powyższy wynikają z zasady głównej - nie
ma innej rzeczywistości do budowania...) - poziom zaangażowania w grę.
Mecze są słabsze i lepsze. Są też takie, na które nie można
patrzeć. Tak jak małżeństwa. Nie przekreśla to sensu i piękna futbolu!
Choć tak wielu lubi w to uderzać, udowadniając brak sensu małżeństwa,
albo wręcz istnienie samej miłości.
Sprawa
czwarta: mecz potrzebuje określonych i zawsze takich samych
elementów. Napiszę to aluzyjnie i wieloznacznie. Piłka musi
wpadać do bramki, a bramka musi być otwarta. Nawet jak gol był na
spalonym i nie jest uznany. Jeśli to jest mecz bez goli, to tak samo
się odbywa. To nie gole decydują o tym, czy to jest mecz (jasne, o czym
mowa?). Piłka musi być, boisko musi być. Drużyny muszą być dwie i sobie
przeciwne (to a propos wątpliwości o płeć małżonków). Mecz
rozgrywa się naprawdę i tylko raz. Piłkarze naprawdę kopią, biegają i
się pocą. A więc i śmierdzą. Wymaga to odwagi, wytrzymałości,
cierpliwości, strategii, rozsądku i braku obaw przed rzucaniem się
twarzą na murawę. Nie ma miejsca na strach przed zranieniem. Nie ma
miejsca na zwlekanie z decyzją (z pozdrowieniami dla tych,
którzy jeszcze nie kupili pierścionków).
Jest jedna
różnica - małżeństwo nie ma sędziego. Chyba, że odwołamy się
do rzeczywistości nadprzyrodzonej. Nie ma też trenera, selekcjonera
itp. Wchodzenie (i wpuszczanie) w te role rodziców jest
bardzo złym rozwiązaniem (nikt nie bierze na sędziego
zawodników trzeciej drużyny).
Prawdę
mówiąc Miłość jest dziwna, bo jeśli szukać takich: sędziego
i trenera, to sama Miłość jest nimi. Tak samo jak tym meczem, w
którym gramy i piłką, którą ten mecz jest
rozgrywany. A także i boiskiem, po którym biegamy.
Brak
mi miejsca i skupienia już, żeby napisać o zakonnej wersji piłki nożnej
i też o takich, co rozgrywa się je samotnie. Przy okazji, mam nadzieję.
Pozdrawiam Was serdecznie.
Etykiety: dzieci,
egoizm,
in
vitro, małżeństwo,
podróż,
teściowie,
wartości,
życie
zakonne