Ci, którzy byli przed tobą, kochanie...
Mam
sporo tematów do napisania, a czasu na to dużo mniej.
Oczywiście jest to kolejna prawidłowość, która dotyczy wielu
z nas, a odnosi się też do całości życia. Czyli do miłości. I
komentarze, na które chciałbym odpowiedzieć i napisać coś
jak to wygląda z perspektywy miłości, i tematy z listów,
moje ostatnie obserwacje, dawniejsze... Coś trzeba wybrać. Taki mały w
takim razie temacik. „Czy rozmawiać z ukochaną i ukochanym o
ukochanych, którzy byli wcześniej?”
Starałem się ubrać w jakieś ładniejsze słowa banał, jaki często słyszy się „czy mówić o byłych?”. Taki to niby problem w miłości miewa sporo osób. Co najśmieszniejsze w tym problemie, to fakt, że tu nie ma w ogóle żadnego problemu. Przynajmniej mnie osobiście to śmieszy. Ale fakt, martwi też. Kiedy widzę jak konkretni ludzie plączą się w tym temacie. Jak plączą się sami, w swojej głowie i sercu, a także jak plączą się i przeżywają trudności w relacji z owym ukochanym i ukochaną.
Z perspektywy miłości problem w ogóle nie istnieje. Na czym bowiem ma ten problem polegać, jeśli obdarzam się z kimś wzajemnie prawdziwą miłością? Ja pragnę i dążę do dobra dla niego, on pragnie i dąży do dobra dla mnie. Dobra prawdziwego, realnego, nie żadnej wymyślonej wizji co jest dobre! To ważne. Czym w takiej prawdziwej miłości jest rozmowa o „byłych” relacjach? Prawdziwą rozmową. Niczym więcej i z niczym więcej się to nie łączy. Niesie dobro, bo prawda je niesie. Pomaga też miłości w ten sposób. Także przez to, że niesie wiedzę o osobie, którą kocham. Pomaga mi poznać jej dotychczasową drogę w miłości, czasem jakieś zranienie, sposób reagowania, odczuwania jakiejś określonej sprawy, mojego zachowania itp. Albo po prostu pomaga mi zrozumieć, dlaczego i skąd ma taki obraz mężczyzny/kobiety, a nie trzeba chyba specjalnie pisać, jak wielkie to ma znaczenie, kiedy sam tym mężczyzną/kobietą dla ukochanej (ukochanego) jestem.
Więc w czym problem? Problem oczywiście, nie rozczaruję, w egoizmie. W głupocie też, ale ta w tym przypadku jest pochodną egoizmu głównie. W takich wymyślonych problemach, czy mówić o „byłych”, proponuję zadać sobie pytanie: w czym mojej miłości do kogoś ma przeszkadzać to, że kocham innych ludzi? Albo w przypadku tzw. zazdrośnika i zazdrośnicy: w czym ma przeszkadzać to, że ukochany kogoś innego „kochał”? Albo, żeby czasem jeszcze przy okazji dogadać i już przez pytanie coś powiedzieć: czy nie możesz pokochać kogoś, kto wcześniej już kiedyś kogoś innego pokochał? Czy brak ci na to sił?
Problem i całe zamieszanie związane z tematem, wynika z trzech źródeł:
- z egoizmu i niedostatecznej miłości ukochanego/ukochanej, którzy mają problem w przyjęciu drugiej osoby w pełni i najchętniej by ją zmienili w tym jaka jest, albo zmienili jej przeszłość;
- z własnego egoizmu i strachu osoby, kiedy żałuje innych swoich zaangażowań miłosnych, albo błędów oraz kiedy boi się, że ukochany (-ana) się wystraszy czegoś tam - czyli, że nie dostaje jej miłości;
- oraz trzecie źródło - przekaz popkultury, która uczy wielu dziwnych rzeczy - np. tego, że partner może być zazdrosny i należy temu przeciwdziałać, albo, że „wchodząc w nowy związek należy nie mieć zaangażowań w poprzedni”**. A my dajemy temu wiarę zupełnie tracąc perspektywę miłości.
Proszę zobaczyć, że o „byłej miłości” piszę w cudzysłowie. Ona nie mija. Jeśli coś mija, to mijają uczucia, zaangażowania cielesne, zmysłowe. Nawet relacje z ludźmi nie mijają, tylko się zmieniają. Nie mijają, bo owi ludzie są częściowo w nas - choćby w naszym umyśle, ale także w naszej historii, a więc w życiu. To oni decydowali, mieli wpływ na to kim i jaką osobą jest się dziś. Dobro, które z tej miłości wypływa nadal jest: we mnie, w ludziach na których ona miała wpływ i ma nadal. W przeciwieństwie do uczuć i tych wymienionych zaangażowań, miłość nie mija. Przynajmniej w takim stopniu, w jakim jest prawdziwa. Jeżeli mamy wrażenie, że minęło coś, co było między nami a kimś tam, to wniosek jest prosty - to nie była miłość, a jakaś forma zaangażowania. Nie mogę niestety w tym miejscu głębiej tego tłumaczyć. Po prostu trzeba dobrze zrozumieć, na jakim poziomie dokonuje się miłość, z jakiej „głębokości” mnie ona wypływa.
Jednym z lepszych momentów, które pomagają nam to zauważyć, jest właśnie tzw. zakończenie romantycznej relacji. Zazwyczaj kończy się, kiedy jedna z osób, lub obie, dochodzą do wniosku, że to nie jest prawdziwe dobro, to nie jest „prawdziwie dobra relacja” - czyli, że to nie jest prawdziwa miłość. I to często jest prawda. Pominę bardzo ważny wątek - sprawę tego, jak się rozpatruje, czy to jest miłość, czy nie. Po takim „rozstaniu się” bardzo często, albo oboje, albo to bardziej kochające, będące bliżej prawdziwej miłości, przeżywa coś jakby wzrost miłości w sobie do tej osoby. Oczywiście nie mówię tu o wzroście intensywnych emocji - te choćby z chęci „nie poddania się w walce o ukochanego”, albo z samotności, albo ze strachu, albo z tysiąca innych powodów mogą przybrać po „zerwaniu” na sile. Mówię tu o takich sprawach, kiedy ludzie mówią na przykład coś takiego: „po .....latach od zerwania wiem, że coraz bardziej kocham tę osobę: życzę jej dobrze, chcę, żeby spotykała się z kimś sensownym i była szczęśliwa. Dzięki temu widzę, że jak byliśmy razem, to nie kochałem (-łam) tej osoby tak do końca, bo ....*” dowolnie to uzupełniane bywa. I tak jest. Często będąc blisko, tak naprawdę pragniemy tej osoby (ale już nie dobra dla niej i siebie), czasem całej, czasem tylko jej „części”, albo różnych dóbr pochodzących od niej, albo z nią związanych i mylimy to z miłością. Dopiero rozłąka (tu ciekawostka - bardzo podobnie jest, kiedy się wyjeżdża na dłużej i nie można się widywać, a najlepiej jeszcze, kiedy kontakt też nie może być intensywny - w takich sytuacjach często zdarza się, że dopiero uświadamiamy sobie jak wielkie dobro nas spotyka w tym człowieku i jak bardzo tego dobra jemu życzymy, jak bardzo kochamy), dopiero rozłąka daje nam często możliwość dostrzeżenia tego, co najważniejsze, a czego zazwyczaj nie odczuwamy tak intensywnie jak pozostałych spraw.
Pozostawiam to, podobnie jak temat singli z wyboru, niedokończony i ze świadomością, że mogę się spotkać z niezrozumieniem, jako że i nie do końca mogę to jasno wyłożyć tak krótkiej formie. Przyznam szczerze, że zaczynając pisać ten wątek miałem nieco inny plan, dużo krótszy i prostszy. Jednak w trakcie pisania musiałem być szczery sam przed sobą i dodać kilka wątków. Szalenie trudnych. Np. to, że miłość nie przemija... W komentarzach jedna z czytelniczek napisała o moich założeniach, z perspektywy której piszę. To nie tak. Zajęcia prowadzę w określony sposób i na nich mówię o roli światopoglądu w jakiejkolwiek komunikacji, tym bardziej w działalności dydaktycznej, choć są tacy, którzy temu przeczą, logika komunikacji mówi dokładnie co innego. Podobnie tu - piszę to, do czego udaje mi się dotrzeć z logiki miłości. Miłość ma w sobie samej określone reguły. Zupełnie czym innym jest nasze rozumienie tych reguł, umiejętności stosowania się do nich, czy w ogóle wiedza o miłości. Ta przecież bierze się z komunikacji między nami ludźmi. A ta jak wiadomo pozostawia wiele do życzenia i niesie masakrycznie dużo błędów (wystarczy sięgnąć po jakiekolwiek populistyczne medium od „mądrych gazety typu Claudia” czy porozmawiać z sąsiadką, przez wszystkie jakie znam stacje radiowe - nie w każdej co prawda równie często o miłości głupoty mówią, ale mówią - po tv i internet). Żyjemy wśród bardzo wielu mitów o miłości, próbując je zastosować w praktyce. A mity mają to do siebie, że jeśli się nie dotrze do ich prawdziwego znaczenia, odegrane płytko w realnym życiu niosą ból i rozczarowanie. Mityczna magiczność mitu pryska bardzo szybko, jeśli ją nieco przetestować w życiu.
* „bo życzyłem jej tylko jednego - spotykania się ze mną, bo TO JA jestem najlepszym dobrem i jedynym partnerem dla niej/niego” - tak to wygląda zazwyczaj.
** niektóre mądre gazety nawet podają testy jakim trzeba poddać nowego ukochanego (nie widziałem tego pomysłu w tzw. gazetach dla mężczyzn), żeby się przekonać czy aby na pewno już nie kocha tej poprzedniej.
Starałem się ubrać w jakieś ładniejsze słowa banał, jaki często słyszy się „czy mówić o byłych?”. Taki to niby problem w miłości miewa sporo osób. Co najśmieszniejsze w tym problemie, to fakt, że tu nie ma w ogóle żadnego problemu. Przynajmniej mnie osobiście to śmieszy. Ale fakt, martwi też. Kiedy widzę jak konkretni ludzie plączą się w tym temacie. Jak plączą się sami, w swojej głowie i sercu, a także jak plączą się i przeżywają trudności w relacji z owym ukochanym i ukochaną.
Z perspektywy miłości problem w ogóle nie istnieje. Na czym bowiem ma ten problem polegać, jeśli obdarzam się z kimś wzajemnie prawdziwą miłością? Ja pragnę i dążę do dobra dla niego, on pragnie i dąży do dobra dla mnie. Dobra prawdziwego, realnego, nie żadnej wymyślonej wizji co jest dobre! To ważne. Czym w takiej prawdziwej miłości jest rozmowa o „byłych” relacjach? Prawdziwą rozmową. Niczym więcej i z niczym więcej się to nie łączy. Niesie dobro, bo prawda je niesie. Pomaga też miłości w ten sposób. Także przez to, że niesie wiedzę o osobie, którą kocham. Pomaga mi poznać jej dotychczasową drogę w miłości, czasem jakieś zranienie, sposób reagowania, odczuwania jakiejś określonej sprawy, mojego zachowania itp. Albo po prostu pomaga mi zrozumieć, dlaczego i skąd ma taki obraz mężczyzny/kobiety, a nie trzeba chyba specjalnie pisać, jak wielkie to ma znaczenie, kiedy sam tym mężczyzną/kobietą dla ukochanej (ukochanego) jestem.
Więc w czym problem? Problem oczywiście, nie rozczaruję, w egoizmie. W głupocie też, ale ta w tym przypadku jest pochodną egoizmu głównie. W takich wymyślonych problemach, czy mówić o „byłych”, proponuję zadać sobie pytanie: w czym mojej miłości do kogoś ma przeszkadzać to, że kocham innych ludzi? Albo w przypadku tzw. zazdrośnika i zazdrośnicy: w czym ma przeszkadzać to, że ukochany kogoś innego „kochał”? Albo, żeby czasem jeszcze przy okazji dogadać i już przez pytanie coś powiedzieć: czy nie możesz pokochać kogoś, kto wcześniej już kiedyś kogoś innego pokochał? Czy brak ci na to sił?
Problem i całe zamieszanie związane z tematem, wynika z trzech źródeł:
- z egoizmu i niedostatecznej miłości ukochanego/ukochanej, którzy mają problem w przyjęciu drugiej osoby w pełni i najchętniej by ją zmienili w tym jaka jest, albo zmienili jej przeszłość;
- z własnego egoizmu i strachu osoby, kiedy żałuje innych swoich zaangażowań miłosnych, albo błędów oraz kiedy boi się, że ukochany (-ana) się wystraszy czegoś tam - czyli, że nie dostaje jej miłości;
- oraz trzecie źródło - przekaz popkultury, która uczy wielu dziwnych rzeczy - np. tego, że partner może być zazdrosny i należy temu przeciwdziałać, albo, że „wchodząc w nowy związek należy nie mieć zaangażowań w poprzedni”**. A my dajemy temu wiarę zupełnie tracąc perspektywę miłości.
Proszę zobaczyć, że o „byłej miłości” piszę w cudzysłowie. Ona nie mija. Jeśli coś mija, to mijają uczucia, zaangażowania cielesne, zmysłowe. Nawet relacje z ludźmi nie mijają, tylko się zmieniają. Nie mijają, bo owi ludzie są częściowo w nas - choćby w naszym umyśle, ale także w naszej historii, a więc w życiu. To oni decydowali, mieli wpływ na to kim i jaką osobą jest się dziś. Dobro, które z tej miłości wypływa nadal jest: we mnie, w ludziach na których ona miała wpływ i ma nadal. W przeciwieństwie do uczuć i tych wymienionych zaangażowań, miłość nie mija. Przynajmniej w takim stopniu, w jakim jest prawdziwa. Jeżeli mamy wrażenie, że minęło coś, co było między nami a kimś tam, to wniosek jest prosty - to nie była miłość, a jakaś forma zaangażowania. Nie mogę niestety w tym miejscu głębiej tego tłumaczyć. Po prostu trzeba dobrze zrozumieć, na jakim poziomie dokonuje się miłość, z jakiej „głębokości” mnie ona wypływa.
Jednym z lepszych momentów, które pomagają nam to zauważyć, jest właśnie tzw. zakończenie romantycznej relacji. Zazwyczaj kończy się, kiedy jedna z osób, lub obie, dochodzą do wniosku, że to nie jest prawdziwe dobro, to nie jest „prawdziwie dobra relacja” - czyli, że to nie jest prawdziwa miłość. I to często jest prawda. Pominę bardzo ważny wątek - sprawę tego, jak się rozpatruje, czy to jest miłość, czy nie. Po takim „rozstaniu się” bardzo często, albo oboje, albo to bardziej kochające, będące bliżej prawdziwej miłości, przeżywa coś jakby wzrost miłości w sobie do tej osoby. Oczywiście nie mówię tu o wzroście intensywnych emocji - te choćby z chęci „nie poddania się w walce o ukochanego”, albo z samotności, albo ze strachu, albo z tysiąca innych powodów mogą przybrać po „zerwaniu” na sile. Mówię tu o takich sprawach, kiedy ludzie mówią na przykład coś takiego: „po .....latach od zerwania wiem, że coraz bardziej kocham tę osobę: życzę jej dobrze, chcę, żeby spotykała się z kimś sensownym i była szczęśliwa. Dzięki temu widzę, że jak byliśmy razem, to nie kochałem (-łam) tej osoby tak do końca, bo ....*” dowolnie to uzupełniane bywa. I tak jest. Często będąc blisko, tak naprawdę pragniemy tej osoby (ale już nie dobra dla niej i siebie), czasem całej, czasem tylko jej „części”, albo różnych dóbr pochodzących od niej, albo z nią związanych i mylimy to z miłością. Dopiero rozłąka (tu ciekawostka - bardzo podobnie jest, kiedy się wyjeżdża na dłużej i nie można się widywać, a najlepiej jeszcze, kiedy kontakt też nie może być intensywny - w takich sytuacjach często zdarza się, że dopiero uświadamiamy sobie jak wielkie dobro nas spotyka w tym człowieku i jak bardzo tego dobra jemu życzymy, jak bardzo kochamy), dopiero rozłąka daje nam często możliwość dostrzeżenia tego, co najważniejsze, a czego zazwyczaj nie odczuwamy tak intensywnie jak pozostałych spraw.
Pozostawiam to, podobnie jak temat singli z wyboru, niedokończony i ze świadomością, że mogę się spotkać z niezrozumieniem, jako że i nie do końca mogę to jasno wyłożyć tak krótkiej formie. Przyznam szczerze, że zaczynając pisać ten wątek miałem nieco inny plan, dużo krótszy i prostszy. Jednak w trakcie pisania musiałem być szczery sam przed sobą i dodać kilka wątków. Szalenie trudnych. Np. to, że miłość nie przemija... W komentarzach jedna z czytelniczek napisała o moich założeniach, z perspektywy której piszę. To nie tak. Zajęcia prowadzę w określony sposób i na nich mówię o roli światopoglądu w jakiejkolwiek komunikacji, tym bardziej w działalności dydaktycznej, choć są tacy, którzy temu przeczą, logika komunikacji mówi dokładnie co innego. Podobnie tu - piszę to, do czego udaje mi się dotrzeć z logiki miłości. Miłość ma w sobie samej określone reguły. Zupełnie czym innym jest nasze rozumienie tych reguł, umiejętności stosowania się do nich, czy w ogóle wiedza o miłości. Ta przecież bierze się z komunikacji między nami ludźmi. A ta jak wiadomo pozostawia wiele do życzenia i niesie masakrycznie dużo błędów (wystarczy sięgnąć po jakiekolwiek populistyczne medium od „mądrych gazety typu Claudia” czy porozmawiać z sąsiadką, przez wszystkie jakie znam stacje radiowe - nie w każdej co prawda równie często o miłości głupoty mówią, ale mówią - po tv i internet). Żyjemy wśród bardzo wielu mitów o miłości, próbując je zastosować w praktyce. A mity mają to do siebie, że jeśli się nie dotrze do ich prawdziwego znaczenia, odegrane płytko w realnym życiu niosą ból i rozczarowanie. Mityczna magiczność mitu pryska bardzo szybko, jeśli ją nieco przetestować w życiu.
* „bo życzyłem jej tylko jednego - spotykania się ze mną, bo TO JA jestem najlepszym dobrem i jedynym partnerem dla niej/niego” - tak to wygląda zazwyczaj.
** niektóre mądre gazety nawet podają testy jakim trzeba poddać nowego ukochanego (nie widziałem tego pomysłu w tzw. gazetach dla mężczyzn), żeby się przekonać czy aby na pewno już nie kocha tej poprzedniej.
