Marcin od miłości

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Ci, którzy byli przed tobą, kochanie...

       Mam sporo tematów do napisania, a czasu na to dużo mniej. Oczywiście jest to kolejna prawidłowość, która dotyczy wielu z nas, a odnosi się też do całości życia. Czyli do miłości. I komentarze, na które chciałbym odpowiedzieć i napisać coś jak to wygląda z perspektywy miłości, i tematy z listów, moje ostatnie obserwacje, dawniejsze... Coś trzeba wybrać. Taki mały w takim razie temacik. „Czy rozmawiać z ukochaną i ukochanym o ukochanych, którzy byli wcześniej?”

       Starałem się ubrać w jakieś ładniejsze słowa banał, jaki często słyszy się „czy mówić o byłych?”. Taki to niby problem w miłości miewa sporo osób. Co najśmieszniejsze w tym problemie, to fakt, że tu nie ma w ogóle żadnego problemu. Przynajmniej mnie osobiście to śmieszy. Ale fakt, martwi też. Kiedy widzę jak konkretni ludzie plączą się w tym temacie. Jak plączą się sami, w swojej głowie i sercu, a także jak plączą się i przeżywają trudności w relacji z owym ukochanym i ukochaną.

       Z perspektywy miłości problem w ogóle nie istnieje. Na czym bowiem ma ten problem polegać, jeśli obdarzam się z kimś wzajemnie prawdziwą miłością? Ja pragnę i dążę do dobra dla niego, on pragnie i dąży do dobra dla mnie. Dobra prawdziwego, realnego, nie żadnej wymyślonej wizji co jest dobre! To ważne. Czym w takiej prawdziwej miłości jest rozmowa o „byłych” relacjach? Prawdziwą rozmową. Niczym więcej i z niczym więcej się to nie łączy. Niesie dobro, bo prawda je niesie. Pomaga też miłości w ten sposób. Także przez to, że niesie wiedzę o osobie, którą kocham. Pomaga mi poznać jej dotychczasową drogę w miłości, czasem jakieś zranienie, sposób reagowania, odczuwania jakiejś określonej sprawy, mojego zachowania itp. Albo po prostu pomaga mi zrozumieć, dlaczego i skąd ma taki obraz mężczyzny/kobiety, a nie trzeba chyba specjalnie pisać, jak wielkie to ma znaczenie, kiedy sam tym mężczyzną/kobietą dla ukochanej (ukochanego) jestem.

       Więc w czym problem? Problem oczywiście, nie rozczaruję, w egoizmie. W głupocie też, ale ta w tym przypadku jest pochodną egoizmu głównie. W takich wymyślonych problemach, czy mówić o „byłych”, proponuję zadać sobie pytanie: w czym mojej miłości do kogoś ma przeszkadzać to, że kocham innych ludzi? Albo w przypadku tzw. zazdrośnika i zazdrośnicy: w czym ma przeszkadzać to, że ukochany kogoś innego „kochał”? Albo, żeby czasem jeszcze przy okazji dogadać i już przez pytanie coś powiedzieć: czy nie możesz pokochać kogoś, kto wcześniej już kiedyś kogoś innego pokochał? Czy brak ci na to sił?

       Problem i całe zamieszanie związane z tematem, wynika z trzech źródeł:
- z egoizmu i niedostatecznej miłości ukochanego/ukochanej, którzy mają problem w przyjęciu drugiej osoby w pełni i najchętniej by ją zmienili w tym jaka jest, albo zmienili jej przeszłość;
- z własnego egoizmu i strachu osoby, kiedy żałuje innych swoich zaangażowań miłosnych, albo błędów oraz kiedy boi się, że ukochany (-ana) się wystraszy czegoś tam - czyli, że nie dostaje jej miłości;
- oraz trzecie źródło - przekaz popkultury, która uczy wielu dziwnych rzeczy - np. tego, że partner może być zazdrosny i należy temu przeciwdziałać, albo, że „wchodząc w nowy związek należy nie mieć zaangażowań w poprzedni”**. A my dajemy temu wiarę zupełnie tracąc perspektywę miłości.

       Proszę zobaczyć, że o „byłej miłości” piszę w cudzysłowie. Ona nie mija. Jeśli coś mija, to mijają uczucia, zaangażowania cielesne, zmysłowe. Nawet relacje z ludźmi nie mijają, tylko się zmieniają. Nie mijają, bo owi ludzie są częściowo w nas - choćby w naszym umyśle, ale także w naszej historii, a więc w życiu. To oni decydowali, mieli wpływ na to kim i jaką osobą jest się dziś. Dobro, które z tej miłości wypływa nadal jest: we mnie, w ludziach na których ona miała wpływ i ma nadal. W przeciwieństwie do uczuć i tych wymienionych zaangażowań, miłość nie mija. Przynajmniej w takim stopniu, w jakim jest prawdziwa. Jeżeli mamy wrażenie, że minęło coś, co było między nami a kimś tam, to wniosek jest prosty - to nie była miłość, a jakaś forma zaangażowania. Nie mogę niestety w tym miejscu głębiej tego tłumaczyć. Po prostu trzeba dobrze zrozumieć, na jakim poziomie dokonuje się miłość, z jakiej „głębokości” mnie ona wypływa.

       Jednym z lepszych momentów, które pomagają nam to zauważyć, jest właśnie tzw. zakończenie romantycznej relacji. Zazwyczaj kończy się, kiedy jedna z osób, lub obie, dochodzą do wniosku, że to nie jest prawdziwe dobro, to nie jest „prawdziwie dobra relacja” - czyli, że to nie jest prawdziwa miłość. I to często jest prawda. Pominę bardzo ważny wątek - sprawę tego, jak się rozpatruje, czy to jest miłość, czy nie. Po takim „rozstaniu się” bardzo często, albo oboje, albo to bardziej kochające, będące bliżej prawdziwej miłości, przeżywa coś jakby wzrost miłości w sobie do tej osoby. Oczywiście nie mówię tu o wzroście intensywnych emocji - te choćby z chęci „nie poddania się w walce o ukochanego”, albo z samotności, albo ze strachu, albo z tysiąca innych powodów mogą przybrać po „zerwaniu” na sile. Mówię tu o takich sprawach, kiedy ludzie mówią na przykład coś takiego: „po .....latach od zerwania wiem, że coraz bardziej kocham tę osobę: życzę jej dobrze, chcę, żeby spotykała się z kimś sensownym i była szczęśliwa. Dzięki temu widzę, że jak byliśmy razem, to nie kochałem (-łam) tej osoby tak do końca, bo ....*” dowolnie to uzupełniane bywa. I tak jest. Często będąc blisko, tak naprawdę pragniemy tej osoby (ale już nie dobra dla niej i siebie), czasem całej, czasem tylko jej „części”, albo różnych dóbr pochodzących od niej, albo z nią związanych i mylimy to z miłością. Dopiero rozłąka (tu ciekawostka - bardzo podobnie jest, kiedy się wyjeżdża na dłużej i nie można się widywać, a najlepiej jeszcze, kiedy kontakt też nie może być intensywny - w takich sytuacjach często zdarza się, że dopiero uświadamiamy sobie jak wielkie dobro nas spotyka w tym człowieku i jak bardzo tego dobra jemu życzymy, jak bardzo kochamy), dopiero rozłąka daje nam często możliwość dostrzeżenia tego, co najważniejsze, a czego zazwyczaj nie odczuwamy tak intensywnie jak pozostałych spraw.

       Pozostawiam to, podobnie jak temat singli z wyboru, niedokończony i ze świadomością, że mogę się spotkać z niezrozumieniem, jako że i nie do końca mogę to jasno wyłożyć tak krótkiej formie. Przyznam szczerze, że zaczynając pisać ten wątek miałem nieco inny plan, dużo krótszy i prostszy. Jednak w trakcie pisania musiałem być szczery sam przed sobą i dodać kilka wątków. Szalenie trudnych. Np. to, że miłość nie przemija... W komentarzach jedna z czytelniczek napisała o moich założeniach, z perspektywy której piszę. To nie tak. Zajęcia prowadzę w określony sposób i na nich mówię o roli światopoglądu w jakiejkolwiek komunikacji, tym bardziej w działalności dydaktycznej, choć są tacy, którzy temu przeczą, logika komunikacji mówi dokładnie co innego. Podobnie tu - piszę to, do czego udaje mi się dotrzeć z logiki miłości. Miłość ma w sobie samej określone reguły. Zupełnie czym innym jest nasze rozumienie tych reguł, umiejętności stosowania się do nich, czy w ogóle wiedza o miłości. Ta przecież bierze się z komunikacji między nami ludźmi. A ta jak wiadomo pozostawia wiele do życzenia i niesie masakrycznie dużo błędów (wystarczy sięgnąć po jakiekolwiek populistyczne medium od „mądrych gazety typu Claudia” czy porozmawiać z sąsiadką, przez wszystkie jakie znam stacje radiowe - nie w każdej co prawda równie często o miłości głupoty mówią, ale mówią - po tv i internet). Żyjemy wśród bardzo wielu mitów o miłości, próbując je zastosować w praktyce. A mity mają to do siebie, że jeśli się nie dotrze do ich prawdziwego znaczenia, odegrane płytko w realnym życiu niosą ból i rozczarowanie. Mityczna magiczność mitu pryska bardzo szybko, jeśli ją nieco przetestować w życiu.



       * „bo życzyłem jej tylko jednego - spotykania się ze mną, bo TO JA jestem najlepszym dobrem i jedynym partnerem dla niej/niego” - tak to wygląda zazwyczaj.
       ** niektóre mądre gazety nawet podają testy jakim trzeba poddać nowego ukochanego (nie widziałem tego pomysłu w tzw. gazetach dla mężczyzn), żeby się przekonać czy aby na pewno już nie kocha tej poprzedniej.

Etykiety: , ,

środa, 24 czerwca 2009

kolokwia

       Mała notka dla nauczycieli, wychowawców, rodziców.

       Sprawdzam kolokwia z tego semestru... Koniec semestru pochłania ogromnie dużo czasu. Jest jak zawsze, ktoś umie, ktoś nie. Niektórzy słuchają, niektórzy czytali, niektórzy nie. Przy okazji właśnie do mnie dotarło, że to trzynasty rok, kiedy prowadzę zajęcia dydaktyczne. Czasem ktoś pyta jak prowadzić zajęcia, jak mówić do ludzi, jak z nimi postępować.

       Czasem spotykam się z problemem tzw. agresji w szkole - ktoś pyta, jak z tym naprawdę jest, ktoś inny jak sobie z tym radzić, znajomi nauczyciele i (głównie) nauczycielki cierpią z tego powodu, a ja się temu przyglądam. Czeka mnie też opracowanie warsztatów dla nauczycieli dotyczące radzenia sobie z agresją w szkole. A i na uczelniach tzw. wyższych pod tym względem jest ciekawie. Nie raz widziałam łzy bezsilności i bólu, gdzieś w ukryciu ronione, albo w bufecie wprost do kubka z kawą.

       Co mogę na ten temat powiedzieć? Prostą rzecz. To wszystko była i jest dla mnie szkoła miłości. Lekarstwem na agresję w szkole niestety jest też miłość. Mądra miłość i szacunek. Bardzo logiczne to wszystko jest i dość proste. Bo miłość taka jest - prosta, nieskomplikowana.

       Za to wykonanie już nie jest. Dlaczego? Bo starając się o miłość musisz zderzyć się, a potem walczyć, z głupotą. Własną, innych, świata - mała różnica, walka ta sama.

Etykiety: , , ,

czwartek, 18 czerwca 2009

porozumienie

       Dawno, dawno temu... A może i jeszcze dawniej gdzieś daleko, daleko stąd... A może i jeszcze dalej, żyły sobie krasnoludki. A dokładnie siedmiu braci krasnali. Mieli domek i chodzili do pracy. Aż pewnego dnia do lasu gdzie mieszkali zabłąkała się Królewna Śnieżka. I zamieszkała z braćmi krasnalami i im gotowała. I podawała też na deser truskawki z bitą śmietaną. Ty też chcesz kochanie?

       Mniej więcej tak wygląda typowe pytanie kobiety, zadane jej mężczyźnie o to, czy powinna dać mu trochę tego, co sama je, czy może nie czuć się winna i zjeść do końca sama. Panowie, pamiętajcie. Panie naprawdę bardzo lubią desery. I opowieści.

Etykiety: , ,

środa, 17 czerwca 2009

Singiel z wyboru...

       Pisanie do snu, zamiast do snu czytania. Pewne uwagi dotyczące popularnych dziś dwóch haseł związanych z wyborami miłości. Nie jest to krytyka samotności.

       Singiel z Wyboru i powołanie do życia w samotności - dwie nazwy wyborów serca i drogi miłości w życiu. Czy tego samego? Miewam wątpliwości. Mam też wątpliwości, czy mówią one naprawdę o miłości.

       Nie pisałbym o tym, gdyby nie pewne dość oczywiste obserwacje. Po pierwsze są to pojęcia używane, i to od razu lansowane jako modne, od niedawnego czasu. Kilka lat, lub dla pewności napiszę, że kilkanaście lat temu, nikt o zdrowych zmysłach nie przyznałby się tak ochoczo i publicznie jestem starą panną / starym kawalerem, jestem z tego dumny, chcę tak żyć i jest mi z tym super. Z różnych powodów. A to, że wstyd mówić, że żyję sam; a to, że nie wypada powiedzieć, że nie chcę mieć dzieci - jeszcze wyjdzie, że jestem homo; nie będę mówić, bo jeszcze ewentualny partner usłyszy i się wycofa, albo mu/jej odradzą umizgi do mnie; bo to wstyd żyć tylko dla siebie; wstyd się przyznać, że mi nie wychodzi w związkach, bo na pewno tak wszyscy pomyślą, albo, że „w łóżku” itd., itd. Oczywiście osoby walczące o równe prawa wszystkich i wszystkiego, łącznie ze zwierzętami, rzeczami i samochodami, łatwo dostrzegą w tych słowach atak na ową równość, wolność i braterstwo, której strażnikami się czynią (ciekawe, że jak ich się pyta o to, w imię czego walczą, z jakiego powodu, nigdy nie słyszałem, że w imię miłości). Bo to przecież w imię prawa wszystkich osób do życia według własnego chciejstwa, które tak często nazywa się dziś wolnością wyboru, walczy się o to, żeby można było powiedzieć wprost, że się chce żyć samotnie i nie mieć z tego powodu przykrych konsekwencji. Zapominając, że owa wolność wyboru wymaga dojrzałości, a więc i wysiłku, kierowanie się zachciankami przeciwnie - wymagane raczej to, co popularne u źle wychowanych dzieci. Szykany otoczenia, są złe same w sobie, żeby nie było wątpliwości. Nie ma w nich miłości, więc należy je odrzucić i sprzeciwiać się im. Ale oprócz szykan przykrymi konsekwencjami życia samotnie jest samotność właśnie. A ta niemal nierozłącznie jest związana z niską samooceną i brakiem akceptacji siebie, jak mawiają psychologizujący. Albo z niskim poczuciem własnej wartości, jak mawiają ci bardziej trzymający się konkretu. Taki stan umysłu ciągnie za sobą bardzo często wyrzuty sumienia, i/lub poczucie winy. I to z tymi nieprzyjemnymi stanami owi walczący o wolność do chciejstwa walczą o wiele częściej, niż o prawdziwa wolność. Mniejsza o to, gdzie w tym myśleniu są błędy (inaczej pisałbym tylko o tym).

       Druga obserwacja, która mnie skłania do pisania na ten temat: liczba osób, które tak o sobie mówią - singiel z wyboru, bardzo mocno się zwiększyła. I też dość gwałtownie, a więc oczywiste jest to, że to zmiany kultury, nie zwykła zbieżność decyzji wielu ludzi podejmujących właśnie życie w pojedynkę. Moja wrodzona niechęć do masowych zjawisk i zawodowy nawyk do krytycznego dystansowania się, nakazują mi w takich sytuacjach co najmniej uważać. Kocham wolność po prostu, a uważając ją za cenną, staram się przekazywać ją dalej, także tym, którzy czytają te słowa.

       Co jest podejrzanego w tych „prawdach” i „wyborach”?

       Pierwszą sprawą, jaką trzeba powiedzieć, jest to, że oba hasła są uwikłane w pewne światopoglądy. Singiel z wyboru ma być świecką wersją powołania do życia w samotności, które znów ma być religijne (i proszę mi wierzyć, że uczonych księży, teologów i innych myślących Kościoła, ten temat mocno frapuje i wiele czytadeł o tym powstaje). Wynika z tego to, że nie da się ich do końca porównać. Bo oprócz formy życia, jaka za tymi hasłami stoi (życie bez towarzysza tego życia), mają z założenia zupełnie inną podstawę i powody owej decyzji. Właśnie: ...z założenia...bo w praktyce nieraz nie da się tego odróżnić. A nie powinno tak być, jeśli mamy mówić o życiu autentycznym. Chyba, ze coś tu się nam pokręciło i zabałaganiło.

       „Powołanie do życia w samotności” zakłada odniesienie do Boga, w którego osoba wierzy. I odniesienie do Boga, któremu też wierzy, że tego życia od niej Bóg oczekuje, takie jej proponuje, jako właściwe dla niej. Skoro Bóg jest miłością, to tylko tej pragnie i życzy danej osobie, więc to jej proponuje, co dla niej najlepsze. A osoba w całkowitej swojej wolności wybiera to najlepsze dla siebie dobro, jako najpewniejszą i najkrótszą drogę do pełni dobra, czyli pełni miłości, w jej życiu. Taką definicję można dać „powołaniu”.

       „Singiel z wyboru” zakłada odniesienie do swojej woli, mocą której osoba podejmuje wolną decyzją o nie wchodzeniu w małżeństwo, konkubinat czy romans. Powody mogą być całkowicie dowolne, bo wybór ten ma być oparty tylko na własnej decyzji, która jednak ma być dojrzała i pełna.

       Jak widać podstawy tych wyborów są dość odmienne. Jedynym podobieństwem ma być wolna decyzja. Choć jest jedna możliwość większego zbliżenia - kiedy w wyborze nie opartym o wiarę w Boga, osoba również kierowałaby się do największego dla siebie dobra. Wtedy oprócz formy życia, jaka za tymi wyborami idzie, miałyby podobny cel dojścia. cdn...

piątek, 12 czerwca 2009

płeć przeciwko płci

       Ten post będzie służył Waszemu, drodzy czytelnicy, komentowaniu. Przeglądając komentarze do poprzednich wpisów oraz sposób ich prowadzenia, który nieraz pozostawia wiele do życzenia, stwierdziłem, że wiele spośród nich to w zasadzie wzajemne oskarżenia drugiej płci. Wobec tego, przeznaczam to miejsce do wyżalenia się kobiet na mężczyzn, dziewcząt na chłopców, chłopców na dziewczęta i mężczyzn na kobiety. Chyba, że wpadnie Wam również myśl samooskarżająca swoją płeć - proszę bardzo.

       Proszę przestrzegać tylko pewnych reguł:
- obowiązują nas normalne, zdrowe zasady kultury,

- dyskutujemy z treściami, które ktoś głosi, nie z jej / jego domniemanymi cechami charakteru - innymi słowy nie robimy sobie nawzajem psychodiagnozy,

- jeśli coś piszesz, przemyśl czy słowa te przyniosą dobro czytającym - takie są właściwe, niosące zgorszenie nie są słowami miłości, szkoda na nie miejsca i czasu

- jeśli jakiś argument wymaga jednak podania interpretacji charakteru krytykowanej przez Was osoby spośród komentujących, proszę to robić z wyczuciem, dyplomacją i w trybie przypuszczenia. Nie jesteście wszechwiedzący.

- błędy ortograficzne, styl wypowiedzi itd. mogą podlegać korekcie, nigdy nie mogą być argumentem do negacji głoszonych treści. Osoby ze słabością do takich chwytów proszone są o podwójną czujność.

- myśli starajcie się podawać zwięźle, bez dłużyzn - i czytać się będzie innym lepiej i trudniej będzie przeoczyć całość (nie czepiamy się jednego stwierdzenia, aby zanegować całość)

       Niech wszystkim przyświeca cel: jasno powiedzieć prawdę o błędach i słabościach drugiej płci.

Etykiety: , ,

środa, 10 czerwca 2009

pierścionek zaręczynowy i dobór biżuterii

       Coś z innej beczki, choć nadal w temacie miłości między kobietą i mężczyzną. Dla jednych może to będą porady praktyczne, dla innych powód do romantycznych wzruszeń. Uważna lektura Panowie może dać kilka cennych obserwacji jak „działają kobiety”. Rzecz dotyczy biżuterii.

       Mój przyjaciel zadał mi kiedyś pytanie o to, gdzie można szukać sensownego pierścionka dla przyszłej narzeczonej i w jaki sposób wybrać, na co patrzeć etc. Pisząc do niego odpowiedź, uświadomiłem sobie jak mało my, mężczyźni, wiemy o biżuterii, o jej znaczeniu i tym wszystkim co się dzieje w kobietach, kiedy o niej marzą i kiedy ją noszą. Powód – niestety upadek kultury, czyli braki w jakiejś podstawowej wiedzy o pięknie, o płci przeciwnej i zasadach postępowania z kobietami. Oraz masa dziwnych oskarżeń w naszych głowach. Choćby to podstawowe, że kobiety to materialistki i tym ładniejszy w ich oczach jest klejnot, im droższy w sklepie...

       Najpierw kilka uwag technicznych. Szukając myślimy :) W Sieci jest dużo stron dotyczących wyboru biżuterii, szczególnie pierścionków zaręczynowych. Raczej tych stron nie polecam. Ich treści kłócą się nieraz ze sobą, a w zasadzie to są zazwyczaj tylko i wyłącznie marketingowe zabiegi, które mają nas zachęcić do kupowania nie wiadomo czego, „bo modne” i aby zostawić więcej kasy w tym, a nie innym sklepie. Są jeszcze strony ezoteryczne – czyli te, które mają nas przekonać, że biżuterii nie dobiera się do kobiety i dla jej piękna, ale do wybranych gwiazdozbiorów z naszego nieboskłonu. Tak aby dzięki „tajemniczym” (choć nie tajemniczym dla twórców tych stron) siłom spowodować, że właścicielka podarowanego przez nas klejnotu ma nie mieć kurzajek, wrzodów, zeza lub, że ma być zawsze bogata. * Druga uwaga – chodzimy i szukamy, pytamy i rozmawiamy. Raczej nie ze sprzedawcami – tymi na końcu, bo zazwyczaj ich wiedza kończy się i zaczyna na tym, jak najskuteczniej wcisnąć Wam cokolwiek. Głównie z jubilerami, złotnikami i, jeśli macie takich gdzieś obok, może w rodzinie, doświadczonymi, kulturalnymi mężczyznami. Niektóre sklepy mają na zapleczu pracownię, nie bójcie się wywołać stamtąd mistrza i rozmawiać z nim. Zazwyczaj się cieszą, że mogą na chwilę porozmawiać z tym, dla którego oni te klejnoty robią. W każdym razie porzućcie, zanim wyjdziecie z domu, wszelkie lęki i wstyd, że oto idziecie szukać biżuterii, więc wszyscy będą wiedzieć, o co Wam chodzi i że zamierzacie coś do tej dziewczyny... itd. Szukając biżuterii zdecydowanie właściwsza jest postawa, powiedzmy „hrabiego”, albo „księcia”, który szuka wyjątkowego klejnotu w rozsądnej cenie. Wtedy wasza postawa w sklepie nie będzie „przepraszam, czy ja mógłbym poprosić o jakiś pierścionek, bo wie pani, taka głupia sprawa... zamierzam się oświadczyć” a będzie po prostu „Szukam czegoś, co mnie zadowoli, CO PANI MOŻE MI ZAOFEROWAĆ?” Skuteczne?

       Jeśli już szukacie informacji jak dobierać biżuterię, jaka może być jej wymowa, to zdecydowanie lepiej poszukać, czy w sieci, czy w bibliotece, czegoś w stylu savoir-vivre albo o tradycjach w biżuterii i tam się zorientować co i jak.

       Raczej unikajcie wielkich sklepów sieciowych – to te, których od jakiegoś czasu pełno w supermarketach. Tzn. można tam znaleźć coś ładnego i pasującego, ale proszę mieć świadomość, że ta biżuteria jest robiona taśmowo, w setkach egzemplarzy za jednym rzutem. Może się zdarzyć, że wasza ukochana będzie miała na sobie to samo co koleżanka z pracy i druga z uczelni... Oczywiście to nie przekreśli miłości w jej sercu, ale to jednak ma znaczenie. Bo mówi też o Was.

       Co do wyboru kamieni, z których zrobiona jest biżuteria. One mają swoją wymowę. Tak czysto rozumowo podejdźmy do tego. Brylanty to najtwardsze i najtrwalsze minerały na świecie (dlatego tarcze do szlifierek i wiertła są często nimi wykończone) – ich wymowa jest jasna, kiedy są darem dla kobiety. (dziesięć stopni na jakiejś tam skali twardości, darujcie, technicznie nie wszystko wiem). Szafir – błękitny, a więc jest to kolor królewski, też kolor wieczności (jak niebo) ma dziewięć stopni. Szmaragd, itp. – coraz miększe minerały. Ale wiecie, jak pasuje, albo ładne, to nie ma co czytać o ich właściwościach fizycznych i technice.

       Jak dobierać do konkretnej kobiety? W tym miejscu zrobię małą dygresję – proszę zauważyć, że nie piszę o wyborze biżuterii dla dziewczyny. Celowo. Biżuterią obdarowuje mężczyzna kobietę, nie chłopiec dziewczynkę. Tak, wchodzimy w świat dojrzałej miłości i nawet jeśli się nie czujemy i ona się nie czuje, moment wręczenia biżuterii zdecydowanie postawi nas w rzeczywistości miłości dojrzałej. Dobór biżuterii nie jest czymś ściśle określonym, nie ma sztywnych reguł. Sposobów jest kilka. Można używać wyobraźni – na przykład dobierać coś, co pasuje do koloru skóry i oczu
- w tym przypadku dziewczynie o zielonym zabarwieniu oczu pasowałyby szmaragdy, bursztyny, żółte złoto. Dla dziewczyny o czarnych włosach (jak ma zafarbowane, dobierajcie do naturalnego koloru, bo cerę i tak ma w kolorze pasującym do naturalnych włosów), ciemnych oczach i zdecydowanie śniadej cerze to będą już raczej takie zestawienia jak ciemne granaty w srebrze. Wtedy takie oczy będą błyszczeć tak samo jak owa biżuteria. Oczywiście są różnice kiedy dobiera się kolczyki, wisiorek, kolię, czy pierścionek. Kolczyki powinny pasować do włosów, oczu lub ust (zresztą to jest ich funkcja – podkreślić piękno twarzy), to co na szyję raczej do cery, biustu, ubrania (więc to zazwyczaj same kobiety dobierają w zależności od okazji i jak się zamierzają ubrać), co na palec... o tym za chwilę.

       Drugim źródłem danych to wasze oczy i dyplomacja. Warto poobserwować jaką biżuterię nosi kobieta, którą chcemy obdarować, i ewentualnie podpytać !w słowach zachwytu oczywiście i chwalenia! czy to był jej wybór, czy może spadek po babci i czy jej samej się podoba taka biżuteria wykonana np. z żółtego złota, ze srebra itd. Jeśli nosi z wyboru na przykład tylko białe złoto i jasne kamienie - można się jakoś do tego odnieść. Też można przez kontrast podarować białe złoto, ale z kamieniem ciemnym, kontrastującym z innymi jej ozdobami, jeśli takie coś pasuje do jej oczu na przykład. Jeśli nosi, bo taką dostała, to być może będzie wolała otrzymać cos w innym stylu, albo z innych klejnotów.

       Jeśli chcesz zapytać dziewczynę o to co lubi, to weź pod uwagę, że nie zawsze warto kierować się słowami dziewczyny. Czasem, kierując się fałszywą skromnością, może powiedzieć, że tylko małe i skromne pierścionki lubi. Bo zazwyczaj tylko tak mówi, a sercem to by chciała mieć coś pięknego. Albo po prostu wstydzi się okazywać uczucia i to, że ją ktoś kocha. Bywają też takie przypadłości, kiedy dziewczę bezkrytycznie wierzy i kurczowo się trzyma tego, co jej dookoła mainstream kobiecy mówi - to są często słowa przeciw miłości albo przeciw męskości. Albo po prostu nigdy nie widziała na sobie czegoś naprawdę porządnego i pięknego i po prostu tego nie wie jeszcze. Ale jak już kobieta ma na palcu świadectwo czyjejś miłości, to musicie pamiętać... świat kobiety i jej relacji społecznych zmienia się CAŁKOWICIE, czy to będzie pierścionek, czy obrączka. W przypadku pierścionka zaręczynowego warto jednak pomyśleć też o tym, żeby odróżniał się od przyszłej ewentualnej obrączki, kiedy i ją kobieta założy i pierścionek. Bo są też takie pierścionki w kształcie obrączek, dziś określane jako „modne”. Miłość nie do końca lubi reguły, a „moda” to szukanie reguł. Sami rozważcie.

       I sprawa jakby zasadnicza jeśli chodzi o biżuterię, która ma mieć specjalną wymowę. Jeśli to ma być jakiś dar serca, o specjalnie indywidualnym znaczeniu – czy jakaś oznaka, czy właśnie zaręczynowy, to raczej dobieramy jakby pod siebie – czyli, że taki dar ma mówić nie tyle o urodzie tej, która nosi i ją przede wszystkim ozdabiać, ale jakby przypominać tego, który podarował. Pierścionek zaręczynowy to taki rodzaj biżuterii, która to należy do mężczyzny i o nim mówi. Więc, drogie Panie, przy zrywanych zaręczynach, pierścionek wraca do właściciela. Od tej reguły nie ma wyjątków, a ma to też bardzo duże znaczenie dla relacji i dalszej przyjaźni, o ile jest możliwa. Wtedy i wasze serce i mężczyzny pozostaje wolne, a miłość mężczyzny wraz z jej oznaką – pierścionkiem, może żyć dalej własnym swoim życiem.

       A ponad tym wszystkim jest rzecz najważniejsza i kobiety są na nią zazwyczaj bardzo wrażliwe. Nawet zwykły, prosty i banalny pierścionek w ich oczach staje się czymś bardzo wyjątkowym i pięknym, kiedy za tym stoi uczucie i ktoś ważny, kogo kochają. Dlatego pisałem, że te marketingowe i modne pomysły w zasadzie nie maja znaczenia, kiedy obdarowana ma być kobieta niebanalna i nie grzesząca głupotą. A przyozdobiony jakimś estetycznym pudełkiem, niepowtarzalną chwilą i mężczyzną kulturalnym i męskim... będzie najdroższym skarbem świata.


* Jeśli nie przekonałoby to Was, że to jest dość oczywiste pomieszanie i pewien objaw braku rozsądku, to może przekona to, że taki zabieg może niekoniecznie podobać się Damie, którą chcecie obdarować.

Etykiety: , , ,

wtorek, 9 czerwca 2009

co przeszkadza kochać




Są tylko dwie przeszkody miłości: miłość własna i głupota.





Etykiety: ,

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Rycerze na białych koniach...

Rycerze na białych koniach i 30-sto letnie perfekcjonistki



       Pewne wydarzenie sprzed kilku lat, osoby biorące w nim udział z góry przepraszam za ewentualne mniej lub bardziej akceptowane przez Was moje interpretacje wydarzeń i intencji. Po upływie tego czasu widzę, że sensy, które z tego wyciągnąłem są prawdziwe i to raczej usprawiedliwia fakt pisania o tym. Wydarzenie ze swoim swoistym klimatem okoliczności dotyczy osób tzw. "samotnych" (czyli takich, które jeszcze szukają swojej drogi miłości) mniej więcej w tytułowym wieku, ale zasada jest bardziej uniwersalna, choć wykonanie może być różne.

       Przypomniało mi się wydarzenie sprzed kilku lat, na bazie którego zacząłem myśleć o tytułowym temacie i uknułem kilka stwierdzeń. A było to tak...

       Zostałem zaproszony na trzydzieste urodziny koleżanki. Jak wiecie młodzi mężczyźni (bo tak o sobie mówią i zapewne myślą owi obchodzący tenże jubileusz) mniej więcej zorientowani w naszej, zanurzonej w chrześcijaństwie, kulturze, miewają czasem przebłysk myśli, że oto wchodzą w wiek "chrystusowy"* i czas zacząć być może robić coś na własną rękę. A może i nawet jakieś dzieła, co by się przydać innym. Stare panny natomiast (bo tak zazwyczaj mówią i zapewne myślą o sobie obchodzące tenże jubileusz piękne młode niewiasty, a jeśli nie z własnej woli to przynajmniej pod odczuwaną presją otoczenia, że tak o sobie myśleć powinny, w ten właśnie sposób myślenia o sobie wchodzą) dostają histerycznych myślo- i emocjodrgawek i z mieszanymi uczuciami zastanawiają się czy w ogóle jeszcze patrzeć na bio-zegarek swojego ciała oraz inne tego typu skojarzenia, jakimi obdzielają świat dookoła siebie.** Te "wyemancypowane" mówią o tym chętnie i niemało, te łagodniejsze zachowują głębiej w duszy. W tych drugich rodzi to ową piękną trudną do określenia tęsknotę, która tak bardzo podoba się mężczyznom i rozbudza znów ich tęsknoty. Wiersze też się pisze raczej o tych drugich...

       Trudno powiedzieć z którymi zasiadaliśmy razem na owym przyjęciu, na pewno podczas biesiadowania niemało się nasłuchaliśmy na ten temat. Pomijam w tym momencie strategiczny sens takiego ukierunkowania tematu rozmów, jako, że siedziało nas kilku obok. Najważniejszym momentem, było uroczyste sięgnięcie po figurę rycerza na koniu, która to była prezentem z jakiejś poprzedniej okazji jednej z lokatorek. I niby żartem słowa "dziewczyny, oni naprawdę istnieją". Rycerze są i po nas (jeszcze) przyjadą. Nie chciałbym wchodzić w interpretacje intencji, pragnień i ewentualnych powodów jakimi kierowały się owe Panie. Chcę natomiast opisać to, co z tego wynikło i wynika. Bo jak się okazuje, podobne rzeczy dzieją się o wiele częściej.

       Pierwszą najważniejszą sprawą jest to, że ów komunikat o tęsknocie za rycerzami pada w obecności... mężczyzn. Oczywiście możecie pomyśleć "czy on jest taki ślepy, że nie widział, że to do obecnych facetów były słowa?". Każdy z nas tak to raczej widział, żadnemu nie zrobiło się szczególnie miło. Zmieszane miny ja ukryłem w kanapce, kolega w kieliszku, trzeci w uśmiechu. Trzeba dodać, że kochałem się wtedy co najmniej w jednej z tych dziewczyn. A grzechu warta każda, jak zazwyczaj. Coś we mnie krzyczało - HALO!! JA TU JESTEM! Jestem obok, dobijam się do drzwi twojej wieży, wpuść! " Co prawda owe coś za chwilę dodało ...no może nie mam zbyt białego rumaka i zbroja jakaś taka dzisiejsza... może też i mieczem nie władam najlepiej, ale przecież nie mam gdzie! nie mam przestrzeni, żeby to ćwiczyć i stać się takim rycerzem. Muszę mieć DLA KOGO walczyć i widzieć ŻE JAKAŚ DAMA TEGO PRAGNIE. ...ale może to dlatego, że jednak jestem gorszym rycerzem niż myślę. No tak, może w ogóle nie jestem, mogę być co najwyżej giermkiem tego wspaniałego rycerza, na którego czekają... Myślę, że większość w miarę dojrzałych osób już zna takie chwile i słowa od owego "czegoś w środku". To jest błysk myśli, mała chwilka, kiedy od słusznego sprzeciwu i poczucia niesprawiedliwości nasze serca przechodzą w niesłuszne oskarżenia i poczucie niższości.

       Druga sprawa to skutek tych słów dla relacji. Jasną sprawą jest to, że po takich słowach tylko w głupcu nie dokona się żadna zmiana. Przede wszystkim zmieniają się relacje na poziomie damsko-męskim. Jeśli tylko było jakieś zaangażowanie w tych przyjaźniach w kierunku relacji romantycznej, ono jest jakby przyparte do muru. No i ma tylko dwa wyjścia. Uciekać, albo odwrócić się i ten mur przeskoczyć. Czyli wycofanie versus "no to walimy prosto z mostu" i w akcie desperacji w najbliższych dniach tocząc bój o bycie recerzem versus giermkiem tylko (nie da się nigdy przecenić męskiej tendencji do udowadniania czegoś - komukolwiek) jakiś mniej lub bardziej opanowanych czynów, gestów i słów kierowanych do owej księżniczki, tak aby przejrzała na oczy, iż JEJ RYCERZ już tu jest. Tak czy inaczej zazwyczaj przestaje być romantycznie. A o to zazwyczaj nikomu nie chodziło. Choć czasem bywa taki fałszywy sąd, jakoby romantyczność w miłości między kobietami a mężczyznami nie mogła się na romantyczności opierać, "bo tu trzeba konkretu, a nie rozmycia" i "weź się w końcu zdecyduj i kup pierścionek, a nie wiersze piszesz".

       Długo by o tym pisać... Że mamy kryzys męskości, że chłopcy i w wieku lat 13 i 20 i 30, a i później nawet, nie stają się mężczyznami, że są jak dzieci, wokół których trzeba biegać i wszystko im jak na tacy podać - oczywistości. Rycerzy jakby nie ma. Ale że księżniczki siedzą w wieżach, czasem już nawet rycerzy nie wyglądając - a to mają tak świetne kursy obsługi kołowrotka i krosna pokończone, że sama myśl o tym co mogą na nich zrobić ponad wszelkie tkaniny wyrasta, albo mają komputer i relacje on-line, albo na innych polach sukcesy odnoszą, ojcu królowi doradzają i są takie potrzebne całemu swojemu królestwu, którego, zapomniały, że nie odziedziczą, póki męża nie znajdą... Albo i w opowieści starych czarownic uwierzyły, że nie warto czekać na nic. Trzeba być aktywną, przedsiębiorczą, "hej do przodu", księżniczkom też się należy życie, mają równe prawa i królestwem mogą rządzić i na rumaku jeździć. Po co w tej wieży siedzieć?

       Więc co? Więc księżniczek też nie ma. A jeśli jeszcze gdzieś jest jakaś w wieży, to nie wysyła liścików w postaci łzy na liściu opadającym z prośbą o ratunek od silnego rycerza płynący, albo jak przyjdzie to nie spuszcza mu prześcieradła powiązanego w linę, bo akurat w zwierciadło się zapatrzyła i nowy krem vichy na zmarszczki osiemnastoletniej cery testuje, a jeśli już jakimś cudem po murze się rycerz wespnie to mu powie "nie wygłupiaj się chłopie, to nie te czasy". I czemu tak powie? Bo tak się dziś mówi, nie dlatego, iż myśli tak bynajmniej. A jeśli on nadal będzie miał wiarę i siłę i ją porwie i z wieży wyciągnie, to okaże się dla niego nie damą, ale kumpelą, albo partnerką, bo tak czarownica doradziła. W każdym razie takie bajki już nie zawsze kończą się "wesele trwało tydzień, potem mieli dużo dzieci i żyli długo i szczęśliwie"***


*według ogólnej wiedzy historycznej Jezus zaczął publiczną działalność w wieku lat 30stu właśnie.

**żebyście nie mieli pokusy, jaką miewa stale typowa psychologia, i nie rozumieli zbyt opacznie - nie wszystkie kobiety w naszym kraju wpadają w taki tok myślenia, te pozostają wolne i serca mają wolne dla miłości.

***w każdym miejscu tej metafory - wesela się dziś nie robi, a jeśli już to jest to tylko przyjęcie. Jeśli w ogóle jest jakiś ślub, od tego zacznijmy. Dzieci się dziś nie ma, bo najpierw trzeba zarobić na... (tu wstawia się dowolnie długą listę koniecznych nabytków). Żyje się może i długo, ale co to za życie... a szczęścia bez miłości i tak nie będzie.


       Jest to oczywiście pewna bajka, choć wydarzyła się naprawdę, nie traktujcie jej poważnie. Bajka ma to do siebie, że jest bogata w znaczenia. I tu tych nie brakuje. Bajka ma też to do siebie, że toczy się dalej, choć już nie spisana na papierze.

Etykiety: , , ,

środa, 3 czerwca 2009

bracia muzułmanie

       Konflikty ideologiczne (niesłusznie zwane religijnymi) a miłość. Jest to pewien zakres myśli i tematów, który zajmuje mi myśli. Bywa, że na długo. Takie, kontrowersyjne może, kilka słów skierowane do bardziej otwartych czytelników.

       Pisałem o meczu o puchar UEFA (dobrze,kochana...) i być może symbolicznym znaczeniu tego meczu - miejsca gry, tego, kto zwyciężył i tego, że to spotkanie na szczycie Europy w pewnym sensie.

       Pobawmy się w przewidywanie przyszłości. Jeśli miałoby dojść do kolejnej wojny, (tak jak dziś na codzień dochodzi...) ale takiej, która rozprzestrzeni się na większość świata, to stawiam na Chiny jako jej źródło. Ogólnie dziś uważa się, że muzułmanie, a ściśle Islam, jest zagrożeniem dla nas. Nie widzę większego uzasadnienia. Oprócz mniejszej lub większej liczby pomylonych ludzi, którzy wybierają terror aby, mocno uwikłani w sprawy finansowe, "walczyć z diabłem", jakim w ich oczach jest USA i wszystko, co się z USA wiąże, a którzy akurat przykleili się do Islamu, jest to jednak światopogląd u źródeł szanujący życie, kulturę (a więc i człowieczeństwo) i szukający sensu życia jednak w jakimś odniesieniu do większych treści, większych i bardziej szerokich perspektyw myśli. Czy to są dobrzy ludzie, czy źli i czy jest w nich miłość również do ludzi innej religii - sprawa trudna, ale też podlegająca zmianom. Miłość, także ta w wymiarze miedzy narodami, może wzrastać. Tylko znów - mam na myśli prawdziwą miłość, nie jakieś jej wykrzywienie.

       Mój pradziadek, niesamowicie mądry i przytomny człowiek, mawiał mi, że Chińczykom wystarczy dać kije, a zawojują pół świata, tylu ich jest. Mawiał to w czasie, kiedy nie byli potęgą w żadnym innym wymiarze poza wielkim murem i liczbą ludności. Dziś, kiedy starają się być potęgą we wszystkich płaszczyznach, zastanawiam się w jakim celu mogą to robić. Do czego może dążyć osoba, albo ich grupa, która nie wierzy w nic, poza wartościami wymiernymi? Co ma taki ktoś poza sobą, swoim trawieniem, wydalaniem i przyjemnościami cielesnymi? Relacje stadne jedynie i to, kto w tym stadzie rządzi, a kto jest poddanym. I jak duże to stado jest. Jeśli rozciągniemy "stado" na całą ludzkość, jasne jest jak mogą się potoczyć te same zasady w o wiele większej skali. Co maja nam do zaoferowania komuniści? Do czego "dla dobra ludzkości" mogą dążyć? Do swojej wizji naprawiania złej kultury popsutej przez zachodnią ideologię i zabobony typu miłość - szkoda przecież na nią czasu, liczy się produktywność, wydajność systemu (nie jednostki!). Aby to osiągnąć system musi działać wg wytycznych komunizmu. A więc do tego może jedynie dążyć komunizm - do samego siebie. Czyli taka grupa osób może jedynie dążyć do zarażenia innych swoim światopoglądem, albo jeszcze gorzej - do zmusznia innych aby ten światopogląd przyjeli (pokłonili się cesarzowi, przewodniczącemu partii itp). A przy okazji powiększymy "stado" i nikt nam już nie "podskoczy". To jest oczywiście prawidłowość dziejowa, bo ludzka. I to nie tylko totalitaryzmów. W małżeństwach, rodzinach i innych naszych grupach, bywa podobnie (totalitaryzm wcale nie musi pochodzić od lidera! - np. od dziecka zamiast od rodzica).

china


       To jest miś z wystawy United Buddy Bears (idea wystawy), który reprezentuje Chiny. Wyglądał niepokojąco na tle misiów pełnych symboliki danych krajów, lub ogólnie damsko-męskiej i na tle tych, które nie miały nic do powiedzenia poza nazwą sponsora (jak polski...). To był jedyny miś, który nie mówił tylko o kraju, ale miał jeszcze domalowaną konkretną mimikę. Opis misia China znajdziecie tu: zdjęcia Misiów. Wygląd tego co najmniej nas zmieszał.

       Jeśli przyszedłby taki czas, kiedy przywódcy Chin, albo innego podobnego tworu z przyszłości, postanowią nas naprawić, ratunkiem byłoby zjednoczenie się z kolejnym wielkim kawałkiem świata i ludzkości - wyznawcami Islamu. Ani oni, ani my nie dalibyśmy rady sami. Proszę spojrzeć, że takie zbliżenie już od dawna się dzieje. Co prawda w duchu wzajemnych oskarżeń i wyciągania problemów ludzi żyjących kilkaset lat temu. Jednak nasze kultury się przenikają, nasze społeczeństwa się mieszają. I jeśli Europa zachodnia nie wymrze z braku przyrostu naturalnego (nic dziwnego, bo przeciez dzieci do adopcji przez "nowy model rodziny" też trzeba chcieć płodzić), to nadal tak będzie (muzułmanie jakoś nie mają problemów z płodnością - przynajmniej w ujęciu statystycznym). A teraz dochodzi też pomysł gospodarczego włączenia Turcji do Europy. Tylko ludzie, którzy starają się widzieć i wierzyć, że jest jakieś znaczenie w tym w jaki sposób żyjemy i co myślimy, że jest sens miłości, rodziny (małej - małżeństwo i dużej - naród) i sens budowania na tych przekonaniach, są w stanie przeciwstawić się pustce i głupocie ideologii bez miłości.

Etykiety: , ,

Damska Moda Męska

       Na chwilę zakończyłem podróż, kolejne 3,5 tysiąca kilometrów więcej na liczniku, plus kurs pociągiem (700km), kiedy nie miałem już siły prowadzić samochodu. Bardzo dużo wydarzeń, wrażeń, spotkań i przemyśleń - mam co zapisać.

       DAMSKA MODA MĘSKA - taki napis gdzieś po drodze zauważyliśmy. Jakiś czas temu sklepy i zakłady fryzjerskie miewały takie napisy - jedna strona była przeznaczona dla kobiet, druga dla mężczyzn. I każdy taki napis odczytywał bezbłędnie. Dziś bywa z tym kłopot.

       Po pierwsze zmienia się nam język (przynajmniej ten słyszany w pracy i na ulicy oraz w Internecie) i sposób posługiwania się nim. Nie jest tajemnicą, że wtórnie wpływa to na nasz sposób myślenia, dalej na kulturę i sposób odnoszenia się do siebie. A stąd już tylko krok żeby wykazać, że tak samo na odnoszenie się kobiet i mężczyzn do siebie nawzajem oraz, co bardzo ważne, na obraz płci przeciwnej jaki powstaje nam w umysłach. Nie wiem jak nazwałby to fachowiec od języka, ja zauważam, między innymni, jakieś takie rozdrobnienie i niedbałość jednocześnie. Umowność słów i ich znaczeń, nieraz i sposobów odmieniania itp - dziś to po prostu reguła języka... Dla mnie jest to odbicie funkcjonowania naszych umysłów - w pracy i na ulicy - rozbicie, nonszalancja, komunikowanie emocji, a nie sensów, komunikaty "na poczucie winy", zamiast próśb o przesunięcie się w kolejce, wymaganie niepisanych norm wg własnego mniemania "no, przecież tak się robi"...

       Po drugie zmienia się rynek i ciągle ktoś szuka kolejnej coraz dziwniejszej "niszy" na nim. Dla niewtajemniczonych: nisza - sprytny sposób na zrobienie pieniędzy, najlepiej jak największych w jak najkrótszym czasie.

       Po trzecie zmienia się nam kultura, która zresztą ma to do siebie, że ciągle się zmienia. Inną sprawą jest pytanie o to czy zmienia się w jakimś sensownym kierunku. Sam fakt zmian jest po prostu naturą kultury. Wraz z nią, podobnie jak wraz ze zmianami w języku, wchodzą nowe pomysły na to co to jest mężczyzna i co to jest kobieta.

       Wypadkową tego jest coś takiego, że spokojnie dziś jestem w stanie uwierzyć, że oto powstają sklepy z Damską odzieżą męską i Męską odzieżą męską. Tudzież Damską odzieżą dla kobiet i Męską odzieżą dla nich. Nie jest przecież to żadna nowość - kiedyś kobiety koniecznie chciały być męskie, dziś koniecznie chce się mieć kobiety z mężczyzn. Takie ładne, metroseksualne. Sklepy z odzieżą kobiecą stylizowaną na "bycie jak mężczyzna" to już żadna nowość. Dziś "rynek" zgłasza zapotrzebowanie na kobiece ubrania dla mężczyzn - spodnie ciut nad krocze (bo dziewczęta dziś takie noszą, to czemu i chłopcy by nie mieli?), koszulki z siateczki, najlepiej obcisłe, żeby było widać JAKA SZCZUPŁY JESTEM, obcisłe, pijące (także w krocze) legginsy, może jakiś kolczyk w pępku. I wszelkie wariacje na temat "jak wyglądać prawie jak Ty droga koleżanko".

       Może to jakaś forma miłości, do której nie dojrzałem? Może chcieć wyglądać jak partner, albo ogólnie jak płeć przeciwna, to jakaś wielka miłość? Kobiety tak bardzo nas kochają, że chcą być bardziej kumplami, a my tak bardzo kochamy je, że chcemy być najlepszymi przyjaciólkami? Coś mi się nie widzi, prędzej widziałbym tu jakieś kompleksy.

       Gwoździem do tych obserwacji była wizyta w damskiej toalecie na którejś tam stacji benzynowej. Przy okazji kolejnej zmiany pieluszki zwiedziliśmy tym razem toaletę dla kobiet. I co widzę? Tę samą reklamę prezerwatyw, co w męskiej. No tak, równouprawnienie. Kiedy zaczęto publiczne mówić o prezerwatywach i antykoncepcji w Polsce (pod szyldem zapobiegania aids) edukacja na ten temat wyglądała mniej więcej tak - nas uczyło się stosowania prezerwatyw, tego, że należy je mieć i ich używać (nie uczono że można, tylko, że trzeba, bo inaczej będzie hiv) oraz nie wstydzić się poprosić o nie w aptece - bo tylko takie, uczono nas, są najbezpieczniejsze. Dziewczyny uczono, że takie coś jak prezerwatywy jest i że należy tego wymagać od przypadkowego partnera, aby miał i używał. Ewentualnie, już nieco później, uczono jak zmysłowo ją chłopcu założyć. Taki miły akcencik, żeby uszanować jego uczucia i żeby nadal było romantycznie.

       W tamtych okolicznościach w męskich toaletach zaczęły pojawiać się automaty z prezerwatywami. I tylko w męskich. Oczywiście było to ściśle związane z tym jakich ról nas uczono - mężczyźni mieli być bardziej zdobywczy i inicjujący w miłości fizycznej od kobiet, kobiety bardziej miękkie i tajemnicze. Trochę tak jak budowa narządów, do których ta prezerwatywa była stworzona. Dziś pojawiają się również w damskich. Kto wie, może o czymś nie wiem jak dalece zmieniły się dzisiejsze dziewczęta?