Marcin od miłości

piątek, 31 lipca 2009

zmiana adresu

Z powodu reklam, które się pokazują z boku, będę przenosił tę stronę pod inny adres. Od tygodnia, w wolnych chwilach po trochu się tym zajmuję, dlatego też mniej piszę. Uprzedzam zawczasu.

Pozdrawiam Wszystkich, Marcin.



ps. Już jesteśmy pod nowym adresem.

Etykiety:

środa, 29 lipca 2009

Szczerba między zębami

       Jesteśmy w dłuższej podróży, aktualnie w trójmieście. W nocy łaziłem z kumplem po plaży i zwiedzaliśmy bary w poszukiwaniu dobrej wódki. Zabawnie było, bo zaczepiały nas dziewczyny. Wspomnę o dwóch duetach, bardzo od siebie różnych.

       Pierwsza para to samotne "30tki" (nie ważne jak duże to przybliżenie, typ chyba znany), pracujące, ubrane kobieco na luzie, długie kolczyki itp, schludnie i skręcające do stylu młodzieżowego. Drugi duet: krępa, tleniona blond piękność z trwałą i w zwiewno sylwestrowej kiecce ze szczerbą między zębami i jej negatyw - wysoka, zrobiona na czarno i krótko scięta panienka, obie jakby prosto z disco wyszły. Być może były nieco młodsze od duetu nr1, ale wyglądały zdecydowanie na starsze. Te pierwsze zaczepiały nas kobieco, bardziej zachęcająco niż narzucająco, lekko tylko rozpaczliwie. Rozpaczliwość była raczej z samotności, braku mężczyzny, z którym można dzielić życie. Oczywiście to nasze wrażenie, bo przecież o to nie zapytamy...

       Drugie zaczepiały bardziej wulgarnie, prowokująco. Były głośne, paliły papierosy, narzucały się na wiele sposobów. Ich samotność oczywiście może być z podobnych źródeł, ale nasz odbiór ich obietnic był zdecydowanie w kierunku wspólnej nocy i dzielenia się tymi przeżyciami, niż życiem.

       Moja żona zawsze dopytuje mnie jak to jest z tym co mężczyźni widzą, jak widzą i jakie komunikaty widzą i próbuje to zestawić z tym, co kobiety o powyższych sobie wyobrażają. Zazwyczaj mijamy się bardzo - mężczyźni i kobiety.

       Te spotkania dały mi sporo wątków, o każdym mogłbym pisać - choćby o tym założeniu, że wychodzi się w duecie z koleżanką na poszukiwanie relacji. Drogie Panie, jeśli chodzi o mężczyzn i nasz odbiór tego, to takie duety są w zasadzie dużym błędem. Wiem, z koleżanką raźniej, ale powodzenie takiego duetu wymagałoby dwóch analogicznie szukających kolegów - a koledzy jeśli idą w duecie, to nie poszukiwać relacji :) raczej na łowy, tzw.polowanie zespołowe, albo na wódkę (czyli szczerą na luzie rozmowę o rzeczach ważnych). Co oczywiście nie zakłada, że z takiej znajomości nie może wyniknąć jednak coś dobrego. Jednak trudniej o to, niż przy innych rozwiązaniach. Ale najważniejsze - w duecie nr 1 nawet gdyby były same szczerby, zez i niedowład ręki którejś z Pań, mało by to zwróciło uwagę naszą a spotkanie byśmy zapamiętali tak jak zapamiętaliśmy. Miło. Duet nr 2 - taka szczerba straszenie razi, przeszkadza i wkurza przy spotkaniu wulgarnych i prostackich ludzi, którzy udają kogoś innego, robią teatrzyk nawet swoim strojem, a traktują innych tak jak samych siebie. Czyli bez wyczucia i szacunku.

Etykiety:

środa, 22 lipca 2009

matka-córka

Potrzebuję kobiecej perspektywy odnośnie relacji matka - córka. Szczególnie o tych mniej ciekawych przypadkach, kiedy te relacje przeszkadzają w dojściu do dorosłości. Jeśli możecie Panie i Panowie coś o tym mi przesłać, tylko proszę jak najmniej psychologii... czyste życie i prawdziwe doświadczenie, bez filtrów potrzebne :)

środa, 15 lipca 2009

właściwe narzędzia

       Dziś mija dokładnie rok kiedy kupiliśmy samochód. Przez ten czas przejechałem nim 40000 km. Dokładnie dwa dni temu przekroczyłem ten dystans. To tak jakbym w zasadzie okrążył nim Ziemię. Jaki z tego wniosek co do miłości? O tym mam nadzieję już jutro. Jak znajdę następne kilka minut na pisanie...


                (noc z 16 ma 17 lipca)

       Proszę mi wybaczyć takie pisanie na raty. Nie zawsze mam możliwość, aby spokojnie usiąść, skupić się i pisać. Z konieczności piszę czasem zbyt rzadko, czasem zbyt szybko, co niestety odbija się na efekcie. Życie konkretne ważniejsze, miłość musi być zaktualizowana, dopiero jak starczy nam czasu i sił, możemy to utrwalić i słowem przekazać dalej. Proszę o tym nie zapominać – najpierw czyny miłości, potem słowa. Chyba, że ktoś dramatycznie musi się jej nauczyć i w ekspresowym tempie odrobić zaległości z kilku lat swojego życia, wtedy można zacząć od przewagi słów. A nawet wypada, tak, aby zapobiec brakowi wiedzy, który prowadzi do niezawinionej głupoty.

       Co ma samochód do miłości? A no ma. Nie tylko samochód, ale i inne rzeczy, których byśmy o to na co dzień nie podejrzewali. Co do samochodu – rzecz w tym, że jest to 17-sto letni w tym momencie samochód, kupiony rok temu za kwotę 2500 zł. Co, jak się okazało, było i tak zbyt wielką sumą w opinii mechaników. Ford escord, kombi, silnik 1,6 benzyna. Takie niby nic w opinii wielu. Dla większości „porządnych” ludzi, szczególnie nowej elity finansowej wielkich miast, taki samochód to śmieć. „Wstyd się na mieście pokazać.”

       Nie pisałbym o nim, gdybym nie miał powodu, aby dzięki temu nie napisać o miłości. Co potrafi taki „złom”? Potrafi jechac z prędkością ok. 185 km/h, więcej już nie chciałem sprawdzać. Potrafi przejechać owe 40 tys. km w zasadzie bez większych problemów. Tylko raz urwały mu się tylne koła. Potrafi wpaść do Sanu z promu i wyjechać na brzeg, potrafi w zimie co kilka dni lądować w rowie i być wyciąganym ciągnikiem. Jako jedyny potrafi wjechać po śniegu na górę pod sam dom, gdzie każdy mieszkaniec oprócz właściciela tego escorta, zostawia samochód na dole. Potrafi holować ciągnik, wóz konny i wiele innych. Potrafi przewieźć prawie tonę węgla i drewno na opał, dokonać kilku cudownych przeprowadzek przyjaciół po kilkaset nawet kilometrów. Potrafi zawieźć rodzącą do szpitala i przywieźć z niego 400 kilometrów trzy dniowego obywatela RP. Wyprzedza audi a4, a5 i a6. No chyba, że za ich kierownicą siedzi dobry kierowca. Wtedy przynajmniej potrafi przez dłuższy czas siedzieć im „na ogonie”. Taka skrótowa wyliczanka, osoby nie znające się na samochodach proszone o użycie wyobraźni.**

       Co do innych rzeczy, niż samochód. Przykładowo: co potrafi laptop kupiony za 70 zł? Potrafi napisać pracę magisterską, zabijać nudę dzieciakowi leżącemu w szpitalu, choćby dzięki saperowi i pasjansom, wyświetlać strony, pisać do ludzi... Co potrafią ubrania kupione za dosłownie kilka złotych w sklepie z odzieżą używaną? Tajemnica wielu osób, w szczególności myślę o Paniach.

       Co mam na myśli? Proste sprawy. To są tylko przedmioty. Ile razy słyszymy, że wydajemy pieniądze na głupoty? Z ilu stron nieraz się słyszy, ze rządzi nami pieniądz, albo pusty konsumpcjonizm? I to nieraz jest prawda.

       Z drugiej strony często możemy usłyszeć, że rzeczy, które mamy są małej wartości. Albo jeszcze gorzej – że to my jesteśmy beznadziejni, kiedy nie mamy: ... wiadomo, właściwej metki przy ubraniu, albo właściwego znaczka na masce samochodu. Dokładnie w tym samym tonie przemawiają do nas nasze polskie reklamy: nie będziesz kochana, jak nie użyjesz ACE, płynu E, jakiegoś Garniera, albo Max factora, nie wlejesz w siebie Cisowianki itd, a jako mężczyzna będziesz beznadziejny jak nie będziesz jeździł nowym bmw, chodził w Vistuli, miał gaci Kleina czy czegokolwiek w tym stylu i pił z kumplami na jachcie Warki strong.*

       Ten przekaz, najpierw przez rodziców idący, potem przez kolegów i „przyjaciółki”, ludzi z ulicy i media, najczęściej pije do naszej potrzeby miłości. Z założenia, że skoro nam na tym najbardziej zależy, to najwięcej też jesteśmy w stanie dać za to pieniędzy, aby tylko tę potrzebę miłości zrealizować. Zapomina się przy okazji o prostej konsekwencji, która się pojawia. Kiedy często komuś powtarzamy, że „mamusia Cię nie kocha, kiedy się tak złościsz” dziecko łatwo usłyszy „mamusia Cię nie kocha”, reszty już słuchać nie chce pogrążone w rozpaczy i beznadziejności. Kiedy to samo będziemy serwować kobietom, że „jesteście beznadziejne, kiedy tak nas traktujecie” usłyszą tylko, że są beznadziejne. A potem zrobią wszystko i zapłacą wiele, aby jakoś tę beznadziejność zaretuszować. Kiedy będziemy powtarzać chłopcom – nie będziesz mężczyzną bez bmw, domku na wsi od developera, polisy ubezpieczeniowej w PZU i paczki kumpli od Lech Premium sport... usłyszy tylko, że nie jest mężczyzną i nigdy się nim nie stanie.

       Czego nam trzeba? Potrzeba nam fantazji i twórczego, prostego i rozsądnego podejścia do świata przedmiotów. Ponad tym najważniejsze – przedmioty to tylko nasze narzędzia. Tylko głupiec może się zachwycać kupą święcącego, nawoskowanego metalu na gumowych kołach, i to w dodatku zachwycać się właśnie tym błyszczeniem się lakieru. Mądry człowiek będzie się cieszył z możliwości, jakie daje mu sprawny samochód. I z tego, że może zrobić coś dla miłości. Pomóc przyjacielowi, albo pojechać z ukochanym, ukochaną w romantyczną podróż, podwieźć starszą sąsiadkę z zakupami do domu, pojechać do pracy, na studia... Proszę wstawić tu sobie dowolne godziwe rzeczy, nie tylko te najbardziej banalne.

       Z odrobiną twórczego podejścia jesteśmy w stanie wyczarować z prostych, pozornie mało wartościowych przedmiotów, wielkie skarby pomagające nam dbać i rozwijać miłość.

       Napisałem pewnie bardziej z męskiej perspektywy – przedmiotów funkcjonalnych, działających. To samo tyczy się tego, co tak wielu mężczyzn podziwia u wielu dziewcząt – zdolności upiększania siebie, mieszkania i otoczenia dzięki przedmiotom właśnie. A to jakaś stara ramka z doczepioną kokardką, a to jakieś kwiatki w koszyku od cukierków, odpowiedni mebel stojący właśnie tu, a nie w rogu...

       Jak niewiele potrzeba, aby było nam piękniej i łatwiej jednocześnie. Przedmioty są potrzebne, ale większość naszego wysiłku powinniśmy raczej wkładać w czynienie dobra, również dzięki tym przedmiotom, nie w tych przedmiotów zdobywanie. Żeby starczyło nam czasu na miłość i życie. Bez głupiej, pustej ascezy i bez próżnego, frustrującego wyścigu z „niewiadomokim” o to, czy będę miał lepsze, albo choć równie dobre jak on / ona.


       *oczywiście są jeszcze inne typy reklam, jeszcze innych „idealnych nas” lansujące.
       **nowe, świecące samochody, z tysiącem systemów, gwarancji itd. też to potrafią... tylko kto zaryzykuje i narazi lakier swojego ekskluzywnego „cuda” kupionego na kredyt?
:)

piątek, 10 lipca 2009

Trzecia płeć

wc


       Obrazek mógłby mówić sam za siebie... Pod warunkiem, że:
- szanowni czytelnicy znaliby moje poglądy, albo choć pamiętali o założeniach,
- wymazalibyśmy z naszych pamięci szerzące się głupie poglądy na temat osób „niepełnosprawnych”,
- nikomu by nie wpadł nagle do głowy pomysł oskarżyć mnie na podstawie rysunku i tytułu o szowinizm czy coś podobnego, w każdym razie o niechęć do inwalidztwa...


       Ale życie wśród dzisiejszego przekazu społecznego jest takie, że niestety z normalnych rzeczy, które powinniśmy wszyscy chwytać w lot, trzeba się dziś tłumaczyć. Co innego, kiedy ktoś kogoś poniża, obraża, miesza z błotem. Z tego nie trzeba, a nawet nie należy, bo to by była oznaka „słabości”. Jak już wiemy, dziś silny to taki, co innym dowala i nie ma z tego powodu nawet cienia wyrzutów sumienia, bo te też są oznaką słabości... (np. zołza) Nobla temu, kto wskaże kto tak wymyślił i to rozpropagował!

       Gdziekolwiek jestem, mam na myśli tzw. miejsca publiczne, i kieruję się do toalety nadziewam się na te, lub podobne im znaczki. Wyjątek to BUW (Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego), gdzie projektant przeszedł siebie, nas i obecne czasy, a na pewno naszą polską mentalność – trzeba zobaczyć, znaczki w jeszcze inną stronę (mężczyźni z piersiami). I zawsze jak się na nie nadziewam myślę „Co to jest? Trzecia płeć?”. Te myśli są osadzone w szerszym kontekście i wielu innych przemyśleniach i obserwacjach, chcę tu krótko o nich napisać.

       Czemu trzecia płeć? Bo są trzy toalety. Mnie osobiście to lekko irytuje, a kiedy postawię się choć trochę w sytuacji wrażliwej osoby niepełnosprawnej, mocno denerwuje i boli. Przecież jest toaleta dla kobiet i jest dla mężczyzn, a na wózku siedzi kto?

       Swoją drogą one (toalety) funkcjonują zupełnie odmiennie i to jest moim zdaniem fenomen! W męskiej jeśli w ogóle ktoś gada to jest to dwóch lub więcej „kumpli”, nigdy nieznajomych, a ich rozmowa jest głośna i mniej więcej taka, jakby chcieli wygonić innych ze środka. „To nasz teren, my tu sikamy!” (polecam scenę z filmu Wilk z Jackiem Nicholsonem w tej roli, kiedy ten zaznacza swój teren w toalecie, w ogóle film polecam). Kobieca zupełnie inaczej. Oprócz tego, że tam się rozmawia i przebywa zdecydowanie dłużej, to także zakres czynności jest zdecydowanie szerszy. To jest w wielu publicznych miejscach i instytucjach jedyne miejsce dla kobiet, gdzie wiele z nich może „być sobą”. Nikt na mnie nie patrzy samczym oceniającym rozmiary itp. wzrokiem, można na chwilę odetchnąć od ogólnego nacisku bycia „taką jak trzeba”, gdzie relacje zrównują się i zostają tylko te społeczne, a wszelkie „profesjonalne” pozy i zawodowe hierarchie są zawieszone, tak, że sekretarka spotyka panią prezes na równej stopie i mogą sobie nawzajem pożyczyć coś, czego ta druga potrzebuje itd. Nie jestem kobietą, więc pewnie nie do końca precyzyjnie to opisuję, ale to świat Pań, Wasza intymność, więc niech tak pozostanie.

       Trzecia toaleta oczywiście jest po to, żeby ułatwić życie, tym którzy nie mogą swobodnie skorzystać z NORMALNEJ. Nawet jeśli większość z nas tak nie pomyśli, sam ten podział i trzy znaczki wnoszą to nam tylnymi drzwiami gdzieś do głowy. Do tej trzeciej idą i kobiety na wózkach i mężczyźni. W tym momencie oni są jakby poza innymi kobietami i poza innymi mężczyznami. Jakby mało mieli w naszej rzeczywistości kłopotów. Nie muszę ich wymieniać, wystarczy ruszyć wyobraźnią. A do tego zdarza się, że jeszcze obrywają z nienawiści od niezbyt rozgarniętych osobników naszej populacji, czego nie będę cytował i podawał namiarów na strony, bo to zło i żenada.

       I tu się zaczyna szersza refleksja. Zadałem sobie pytanie: a dlaczego nie możemy każdej toalety tak zbudować, żeby w ogóle była przyjemna dla wszystkich? Urzekł mnie kilkanaście lat temu pierwszy widziany schodek do pisuaru dla małych chłopców – gdzieś w Danii pewnie, o ile dobrze pamiętam. Genialne! Jak potrzebny, można go przysunąć. Idzie ojciec z synem i obaj stają obok siebie jak mężczyźni. Proszę mi wierzyć, że dla chłopców to ma znaczenie (kolejna scena z filmu: Doskonały świat C. Eastwooda z K. Costnerem porywającym małego chłopca: opis sceny). A potem kolejna refleksja: w zasadzie to problem niepełnosprawnych jest zupełnie głupio pokazany i zupełnie odwrotnie. To ogół społeczeństwa ma problem, a nie ta część jeżdżąca na wózkach. Proszę pamiętać, że ta trzecia toaleta nie jest dla osób bez ręki, albo niewidomych, ona jest tylko dla kobiet i mężczyzn na wózkach. Więc wcale nie dla niepełnosprawnych, bo niewidomi i bez ręki idą do „normalnej”.

       To samo jest z podjazdami, windami, przejściami dla pieszych, krawężnikami w miastach, autobusami, sygnalizacją świetlną itd. itp. Po prostu my nie jesteśmy zupełnie przystosowani nawet do przysłowiowej babci z laską, albo rodzica z małym dzieckiem, z którym nie da się zdążyć przejść przez przejście w trakcie zielonego. Gdybyśmy byli bardziej kulturalni, łącznie z kierowcami, którzy, tak jak w wielu innych krajach i bardzo nielicznych miastach u nas, poczekają spokojnie – nie byłoby problemu.

       Tę samą ideologię, kierunek działań widzę w tzw. programach aktywizacji osób niepełnosprawnych, suto finansowanych z „funduszy”. One wyglądają tak: jak najlepiej i najskuteczniej upodobnić osoby niepełnosprawne do pełnosprawnych. Jak zwiększyć ich atrakcyjność na rynku pracy, jak zwiększyć ich efektywność, tak aby jak najbardziej mogły konkurować z „pełnosprawnymi”. Tak na marginesie, to pod względem rozwoju umysłowego i emocjonalnego, bardzo często osoby na wózkach okazują się bardzo pełnosprawne, a osoby na nogach zdecydowanie niepełnosprawne. Chodzi o to, że to nasze cudowne uzdrawianie z „wykluczenia społecznego” osób „niepełnosprawnych” ma polegać na tym, żeby upodobnić je jak najbardziej do „pełnosprawnych”. Jeszcze rozumiem przypadek, kiedy ktoś młody traci w wypadku możliwość chodzenia na nogach, zaczyna jeździć wózkiem i stara się nie stracić swojej siły, hartu i sportowego trybu życia. Ale czy da się tak zaktywizować nas kiedy będziemy starsi i przechodzili wolno przez jezdnię? Nie będziemy wtedy „pełnosprawni” w tym rozumieniu jakie dziś panuje.

       Po prostu „Integracja” – hasło nieraz bardzo nie lubiane przez osoby niepełnosprawne – ma polegać na dostosowywaniu ich do tego jak wygląda otoczenie, społeczeństwo, architektura itd. Dużo lepiej, ale oczywiście trudniej i drożej, byłoby dostosowywać naszą architekturę, otoczenie i społeczeństwo tak, abyśmy wszyscy mogli przyzwoicie żyć. To by była miłość, dlatego o tym piszę. Wyobraźmy sobie, że ktoś z naszych domowników ma wypadek i codzienne życie staje się nagle wielką trudnością, a te trudności w porównaniu do tego co było wcześniej, niesamowitą frustracją i cierpieniem. Co zrobimy, jeśli ją kochamy? Przebudujemy dom. Będziemy się starać o dostosowanie klatki, schodów itd. albo po prostu przeprowadzimy się w lepsze miejsce. Tak zwyczajnie, z miłości.

       Inna sprawa - proszę zobaczyć gdzie stawiamy sobie wzór, jak ma wyglądać „pełnosprawny”. Czasem mam wrażenie, że na podstawie tego co wynika z reklam ja już jestem niepełnosprawny. A każda kobieta w zasadzie też w dodatku jest brzydka i niekochana. No chyba, że kupi produkt A do makijażu i na 18-sto letnie zmarszczki oraz produkt B do zmywania naczyń, żeby ją rodzina kochała, a bakterie znów nie kochały.

       Jedynym normalnym miejscem jak do tej pory były toalety w Mc’Donaldzie w pewnym mieście. Nie wiem, być może wprowadzają to wszędzie jako standard. Po prostu, zwykły podział na kobiety i mężczyzn, a toaleta taka, że jak trzeba to i z wózka da się przesiąść na sedes, a potem siedząc na wózku umyć ręce. Dzięki temu też dzieci i bardzo niskie osoby swobodnie myją ręce... Gorzej mają te bardzo wysokie!

Etykiety: ,

wtorek, 7 lipca 2009

Kochane zołzy?

       W odpowiedzi na komentarze - częściowo.

       Zdarza się taki pogląd, jakoby mężczyźni bardziej kochali „kochane zołzy”. Moim okiem mądrość wprost z nurtu „mądrych gazet typu Claudia”. To, że część mediów zaprzecza miłości, a swoją popularność buduje w dużym stopniu na zranieniach ludzi w tej materii, jest dziś trywialnym wnioskiem. Najlepiej pisać o tym, co ludzi boli, wtedy chętnie sięgną po coś, co opisuje czyjeś podobne cierpienia. Sięgną po to z różnych powodów, dla producenta (kiedyś to byli wydawcy, dziś lepsze określenie to producenci) ważne, żeby kupili. A to, co tam jest zawarte – byle był sukces finansowy.

       Najpierw wracamy do naszej rodzinnej mowy – języka polskiego. Zołza - «kłótliwa, dokuczliwa kobieta» (Słownik Języka Polskiego PWN tu: link)

       Powiedziałbym, że i tak delikatnie.

       Przykład, jeden z dziesiątków jakie widziałem. Całkiem niedawno obok nas wprowadzili się nowi sąsiedzi. Kobieta wygląda strasznie. Czarny makijaż, wyraz twarzy zacięty, wrogi, na pozdrowienie ledwo coś „odbąkuje” pod nosem. Wrogość, złość i brzydota się z niej wylewają. Mężczyzna: chudy, czerwona twarz, zacięty milczek – trochę w tym stylu. Pije. Ona robi mu niesamowite awantury. Czy z rękoczynami nie wiem. Ale jest bardzo w tym agresywna, bardzo brzydka tak samo jak w wyglądzie. Być może go leje za picie, a być może on pije, bo ona go leje. Czy to jest miłość? Ale on z nią jest, ona z nim. Więc co, kochana zołza?

       Jeden z możliwych powodów wiązania się ze złą kobietą – proszę zobaczyć na wpis Kermit i panna Pigi... jest ich więcej, nie znam wszystkich.

       Czemu to się myli i czemu bywa tak atrakcyjne? Bo daje złudzenie siły kobiecie. Mylimy dziś asertywność z agresywnością. Zresztą wiele rzeczy mylimy i pojęć – fachowo nazywa się to upadkiem kultury języka. I rozumowania – logiki wypowiedzi. Ja sam mam ogromne braki i wiem z jakiej to edukacji wynika. To jest taki chwytliwy sposób myślenia dziś:
„Nie stać cię na własne zdanie? Nie potrafisz odmówić? Ulegasz złym namowom i robisz to, czego nie chcesz? My nauczymy Cię jak przywalić delikwentowi tak, żeby podwinął ogon i więcej nie miał śmiałości spojrzeć na ciebie z podniesionym wzrokiem! Tylko do końca lipca zapisy w cenie 70zł”.

       Tak mniej więcej brzmi w wolnym tłumaczeniu większość reklam kursów asertywności. Sami psychologowie mają trudności z rozróżnieniem agresywności i nazwaniem asertywności, więc co się dziwić trenerom... Jeżeli pozowanie na agresywnego człowieka daje mi dziś popularność i (złudzenie) siły osobistej, to co najmniej mocno już nam się pomyliło. A daje, oczywiście, że daje! To jest zależność, którą prawie każdy, łącznie ze mną, zna z własnego życia. Przywal im, to może się zamkną i wyjdzie na to, że masz silną osobowość. Niektórzy próbują na tym zbudować autorytet – rodzice, nauczyciele, ludzie w związkach. Tzw. walka płci w dzisiejszym jej kształcie: proszę wybaczyć dosadność, Kto komu przypieprzy i czyje będzie na wierzchu..

       A jakie to daje poczucie władzy! Daleko nie trzeba szukać, wystarczy wyszukać strony o miłości, może co trzecia jest w innym tonie, większość stron o miłości, relacjach damsko męskich i tym podobnych. Albo włączyć wiadomości i posłuchać o „polityce”, która już dawno mało ma wspólnego z polityką, za to bardzo przypomina to wzajemne dopieprzanie sobie, dosadnie ujmując.

       Ten fałszywy obraz osoby dowalającej innym jako silnej bywa atrakcyjny, oczywiście. Szczególnie dla słabych charakterów, które siłą są przyciągane jak ćmy. Im tego brakuje, tego potrzebują – albo żeby zrekompensować swoje braki, albo żeby móc poprzepychać się wzajemnie, tak, żeby własna agresywność znalazła ujście w zderzeniu z agresywnością drugiej osoby w relacji. Ale tu mówimy o relacji, nie o miłości.

       Wątek prowokującej silnej agresywnością osoby - także w jej słabszych odmianach niewinnie nazywanych zadziornością, cenieniem siebie, niezależnością itp.- osoby, która dzięki takiej postawie bywa obdarzana uwagą, także płci przeciwnej – ma więcej jeszcze odmian i mechanizmów. Inaczej jest, kiedy takim jest mężczyzna, inaczej, kiedy kobieta, inaczej kiedy to jest w relacji ze słabymi partnerami RELACJI, inaczej kiedy z podobnymi. A, że dziś taka moda i nawet sporo dzieciaków takich jest, nie zmieni faktu, że to są postawy sprzeczne, co do swoich źródeł i celów, z miłością.

Etykiety: , , , , , ,

sobota, 4 lipca 2009

Kobiety to materialistki

       Kobiety interesują się tylko ciuszkami, makijażem, porównywaniem się z innymi kobietami, porównywaniem swoich mężczyzn do mężczyzn innych kobiet, swoich dzieci do cudzych dzieci i to wszystko pod kątem jakości samochodu, ubrań, kosmetyków, wystroju mieszkania, biżuterii itd. W dodatku od samego początku znajomości z chłopcem, a potem z mężczyzną chcą dostawać kwiaty - im droższe, tym lepsze - słodycze, i najlepiej jeszcze, biżuterię. I każde dobro luksusowe jakie podsunie im otoczenie, media lub własna próżna wyobraźnia. To mniej więcej typowe wyobrażenie o płci przeciwnej nabywane od najmłodszych lat przez bodaj każdego chłopca w naszym kraju i bardzo żywe w umysłach i sercach większości mężczyzn.

       Pierwszy wariant odpowiedzi: To co, mam niczego nie chcieć? Nic mi się nie należy, mam być szarą kurą domową w podomce? Bez zmywarki, odkurzacza, miksera? A skąd wezmę czas na to wszystko? A kiedy będę żyła? Żadnej wdzięczności i pomocy i wygód w moim ofiarnym życiu siostry, matki, żony, kochanki?

       Drugi wariant: A co, niech się stara! Chciał mnie mieć, a ja nie jestem byle kim i na byle co się nie skuszę. Znam swoją wartość. Na byle kogo się nie skuszę. Mógł mnie mieć inny, a jak ten chce, to niech się stara.

       To oczywiście dwa radykalne przybliżenia tego co słyszę od ludzi, nikomu w myślach jednak nie czytam. Takie obie odpowiedzi płyną z egoizmu, obie są chybione. Nie dotyczą w ogóle problemu, tylko odpowiadają na domniemany egoizm i skąpstwo lub lenistwo odczytane w powyższych słowach mężczyzny. Pierwsza w poczuciu zranienia i nie docenienia tak bardzo mojej, ach! ofiarnej miłości - odmiana miłości własnej w martyrologicznej Matce Polce. Druga w poczuciu niesprawiedliwości, nie docenienia i w obliczu skąpstwa właśnie partnera i ślepoty na piękno złoszczącej się kobiety.

       Obserwacje ludzi w różnym wieku niosą bardzo proste wnioski. Przeciętny chłopiec, młodzieniec i mężczyzna naprawdę ma trudności ze zrozumieniem tych kilku podstawowych spraw:
- O co chodzi z tymi kwiatami, czemu to je zachwyca?
- Po co ta biżuteria?
- Po co zmywarka, odkurzacz, perfumy i takie ilości ubrań, butów, torebek, szali... które w szafach jedzą mole?
- Czemu nasze mieszkanie, samochód, meble mają być zmieniane, a dzieci ubierać się w ubrania droższe od rachunków za prąd i telefon z całego kwartału?

       Ścisłe powody i droga dochodzenia do wniosku jak w tytule są bardziej złożone. Uproszczając - mężczyźni w każdym wieku mają dużo łatwiej z obserwacją prostych wydarzeń, starając się dojść do ich przyczyn i przewidzieć konsekwencje. Widząc zadowolenie z podarowanych kilku więdnących patyków, szukają przyczyn w sobie znanym świecie - świecie faktów i obserwacji typu przyczyna-skutek. Starają się więc odnaleźć i przypisać sens tych wręczanych badylków, kawałków drutu z minerałami i szmat zabarwionych na różnokolorowo (których koszt produkcji wynosi 12 zł, a w sklepie kupuje to kobieta za 130 od razu w przymierzalni mówiąc, że może wytrzyma nawet cztery prania...) stosując sobie znane fakty i ich wyjaśnienia. A ponieważ bardzo nieliczni, i to dopiero po przeżyciu kilkudziesięciu lat przy obecnym niskim stanie naszej kultury (wysoka kultura szybko uczy mężczyzn takich spraw, niska - nigdy) w ogóle dochodzą do tego, że jest coś takiego jak estetyka, piękno - jako wartości realne, istniejące nie w rzeczach, ale ogólnie... Nie ma się co dziwić, że w ich głowach wychodzi:
- kwiaty = pieniądze na nie wydane, im droższe, tym bardziej się jej podobają,
- biżuteria = pieniądze i porównania z innymi kobietami która ma więcej i drożej,
- ubrania = pieniądze, tylko po to, żeby wyglądać inaczej niż poprzednio, inaczej niż inne i być dumną kurą, że mój kogut najlepszy
- samochód = pieniądze i jakość mężczyzny (tego każdy chłopiec uczy się bardzo wcześnie od kolegów)
- zmywarka, odkurzacz, mikser... = pieniądze i próżność leniwa kobiety.

       A uogólniając mamy: kobiety to materialistki, są próżne i robią wszystko, żeby inne kobiety wypadły przy nich gorzej.

       Tylko że, Panowie... Marketing to domena kobiet. Handel może kiedyś i był domeną mężczyzn, ale marketing już z całą pewnością nie. A inne kobiety dobrze wiedzą, że im lepsze rzeczy, tym więcej za nie kupująca jest w stanie zapłacić. Lepszy kosmetyk - lepsze zdrowie i uroda, więc klientka zapłaci. Piękniejsze kwiaty - klientka zapłaci, a jak nie ona, to on kupując jej... itd. W dzisiejszym świecie, przy dużo niższej kulturze, do marketingu dokłada się kłamstwo. Czyli, skoro dobre i luksusowe towary są i były zawsze drogie, bo za jakość się płaci, to podnieśmy cenę naszego „byle czego” i wszyscy pomyślą, że to dobro prawdziwe i luksusowe... Jeśli tu zwracacie uwagę Waszej Pani, że chyba się myli... Macie rację. Ale jeśli mówicie, że źle robi i jest głupia w jej pragnieniu piękna... Zabijacie ją, jej serce, a w konsekwencji miłość między wami.

       Drogie Panie. Jeśli chcecie bronić tego pragnienia piękna, nie brońcie się przed domniemanym egoizmem i głupotą mężczyzny, jego „tępotą” i „brakiem wrażliwości”, bo właśnie wtedy to pragnienie piękna przegrywa. Na plan pierwszy wychodzi egoizm, skoro nim się w rozmowach zajmujemy. A powinno piękno i miłość, czyż nie?


       ps. Poruszyłem tylko skrajności, omijając problem kobiet, które naprawdę mają kłopot z próżnością i niegospodarnością oraz kwestię beznadziejnych brzydkich kwiatów od ukochanego i miedzianych pierścionków z odpustu, które też niosą radość - tak jak pisałem w pierścionek zaręczynowy i dobór biżuterii.

Etykiety: , ,

piątek, 3 lipca 2009

kobiece spojrzenie

Żeby nie zabrakło kobiecej perspektywy:

katalog rozbieznosci

no-i-to-sie-nazywa-feminizm

moja podwójność

jill-savage-mama-najlepszy-zawod-na swiecie

Etykiety: ,