Inna planeta
K-Pax
i Piknik pod wiszącą skałą. Dwie rzeczywistości, które dziś
zauważyłem, że jestem ich częścią. Często nie zauważamy...
Zegar na wieży kościelnej wybijał jedenastą. Syn spał mi na piersi w chuście, po polu sąsiada jeździł ktoś ciągnikiem i orał. Ursus 30-stka. Słońce wysoko na niebie, zapach łąki, pól i lasu. Samo otoczenie nie dałoby mi wspomnienia filmu "Piknik...", ale dało mi to obserwowanie kobiet, które ze mną były.
Ten film jest dziwny. Bardzo niepokojący. Pierwszy raz widziałem go wiele lat temu, nie bardzo mogłem zrozumieć i nie bardzo mi się podobał. Zresztą do dziś mi się nie podoba. Choć więcej w nim widzę. Jakiś czas temu poszukałem informacji o nim i mnie zdziwiły. Określany jako wybitny film sci-fi. W sumie tak. Ale dla mnie ważniejsze i trudniejsze w nim jest właśnie to, czego nie mogę pojąć. Pewna kobieca część rzeczywistości. W tym filmie tego nie lubię, męczy mnie zarówno film, jak myślenie o tej rzeczywistości. Jest lepka, gęsta, parna. Z jednej strony miodna jak kwiaty i zapach łąki w słońcu, z drugiej dusząca, gęsta jak śluz, wilgotna i zimna. Ale nie jak strumyk, a jak miejsce, w którym lęgną się robaczki. Jak tytułowa skała, która sprawia dziwy, jednocześnie odbierając rozum. Niby niesie wyzwolenie i swobodę, życie pięknem i ulotnością, a niesie też nicość, trupy i samotność do końca życia.
Wracając do łąki, kobiety bez słowa odeszły, każda w inną stronę. Nawet nie spostrzegłem, kiedy zostałem sam, na środku łąki. Za chwilę ciągnik też odjechał, więć miodne życie łąki wypełniło już całą rzeczywistość. Jedną z kobiet jeszcze przez chwilę widziałem, dotykała trawy i powąchała jeden z kwiatków. Odeszły bez słowa, gdzieś w swoją wewnętrzną przestrzeń. I dokładnie ten obraz pamiętam z "Pikniku..." Przedziwny moment kobiecego wnętrza, który przy obcowaniu z płodną naturą się ujawnia. Żaden mężczyzna tego nie zna i prawie każdy ma problem ze zrozumieniem. Jeśli w ogóle dostrzeże... W przeciwieństwie do historii z filmu, kobiety wróciły. Obie w tym samym momencie, jakby jakimś wewnętrznym zegarem odmierzały sekundy tego, że ktoś na nie czeka, a już w miarę się nasyciły tym czymś z łąki i to coś w sobie, co kazało im bez słów zagłębić się w zarośnięte przestrzenie pól i krzaków.
K-Pax to drugi film, który wspólnie obejrzeliśmy wieczorem. Powracam do tego filmu co jakiś czas. Polecam tym, którzy przypatrują się rzeczywistości terapeutycznej. Tak jak na łące czułem się jako mężczyzna kimś z zupełnie innej rzeczywistości, nie bardzo mającym narzędzia, aby tę kobiecą rzeczywistość zrozumieć, w podobny sposób prowadzi nas historia K-Pax. Jest oczywiście o wiele, wiele bogatsza. Już któryś raz przyglądam się w tym filmie symbolice światła. To jeden z tych filmów, którego przekaz jest kilkuwarstwowy.
W pewnym sensie jesteśmy dla siebie, jako wszyscy ludzie, nie tylko przy najgrubszym podziale na płeć, jak z innej planety. Dość odmienni i mało zrozumiani. Ale ważniejsze, że jesteśmy zanurzeni we wspólnej, o wiele większej rzeczywistości, niż jesteśmy w stanie to zauważyć. Możemy w tym przyjąć postawę terapeuty z K-Paxu, próbującego nagiąć rzeczywistość do swoich schematów poznawczych. Bardzo starał się, aby świat nie okazał się inny, niż już wcześniej założył. Nie muszę pisać, że kiepsko było z jego miłością. Jak można ją widzieć, kiedy się nie chce zobaczyć czegoś większego od siebie?
Tak właśnie jest z miłością - widzą ją dobrze i bardziej potrafią nią żyć ludzie, którzy nie naginają świata i tego co widzą do swoich założeń, a odwrotnie - zmieniają swoje myślenie i odczuwanie nieustannie, bo ciągle widzą świeżość i ogrom rzeczywistości dookoła. Miłość wymaga kierunku od nas, na zewnątrz, tzw. wyjścia ze swojej skorupy. Czyli rezygnowania z egoizmu, z miłości własnej. I to nie tylko w relacjach z innymi ludźmi. To jest o wiele, wiele więcej. Cały stosunek do świata, tego dotykalnego, widzialnego i tego nienamacalnego, jak choćby świat myśli i uczuć innej osoby. Ale także do dziwu, jakim jest wszechświat. Często osobom, które mają problem ze zrozumieniem jak żyć miłością, zalecam zastanawianie się nad tajemnicą wszechświata. Wystarczy zwykłe patrzenie w gwiazdy. Przy próbie zrozumienia, czy choćby wyobrażenia sobie skali wielkości i odległości, nasze problemy przybierają w naszych głowach odpowiednie proporcje i nagle znajdujemy rozwiązania. A za nimi zachwyt i nieustanne zadziwienie. A to bardzo potrzebne Miłości, żeby mogła w nas zaistnieć i się utrzymać.
Zegar na wieży kościelnej wybijał jedenastą. Syn spał mi na piersi w chuście, po polu sąsiada jeździł ktoś ciągnikiem i orał. Ursus 30-stka. Słońce wysoko na niebie, zapach łąki, pól i lasu. Samo otoczenie nie dałoby mi wspomnienia filmu "Piknik...", ale dało mi to obserwowanie kobiet, które ze mną były.
Ten film jest dziwny. Bardzo niepokojący. Pierwszy raz widziałem go wiele lat temu, nie bardzo mogłem zrozumieć i nie bardzo mi się podobał. Zresztą do dziś mi się nie podoba. Choć więcej w nim widzę. Jakiś czas temu poszukałem informacji o nim i mnie zdziwiły. Określany jako wybitny film sci-fi. W sumie tak. Ale dla mnie ważniejsze i trudniejsze w nim jest właśnie to, czego nie mogę pojąć. Pewna kobieca część rzeczywistości. W tym filmie tego nie lubię, męczy mnie zarówno film, jak myślenie o tej rzeczywistości. Jest lepka, gęsta, parna. Z jednej strony miodna jak kwiaty i zapach łąki w słońcu, z drugiej dusząca, gęsta jak śluz, wilgotna i zimna. Ale nie jak strumyk, a jak miejsce, w którym lęgną się robaczki. Jak tytułowa skała, która sprawia dziwy, jednocześnie odbierając rozum. Niby niesie wyzwolenie i swobodę, życie pięknem i ulotnością, a niesie też nicość, trupy i samotność do końca życia.
Wracając do łąki, kobiety bez słowa odeszły, każda w inną stronę. Nawet nie spostrzegłem, kiedy zostałem sam, na środku łąki. Za chwilę ciągnik też odjechał, więć miodne życie łąki wypełniło już całą rzeczywistość. Jedną z kobiet jeszcze przez chwilę widziałem, dotykała trawy i powąchała jeden z kwiatków. Odeszły bez słowa, gdzieś w swoją wewnętrzną przestrzeń. I dokładnie ten obraz pamiętam z "Pikniku..." Przedziwny moment kobiecego wnętrza, który przy obcowaniu z płodną naturą się ujawnia. Żaden mężczyzna tego nie zna i prawie każdy ma problem ze zrozumieniem. Jeśli w ogóle dostrzeże... W przeciwieństwie do historii z filmu, kobiety wróciły. Obie w tym samym momencie, jakby jakimś wewnętrznym zegarem odmierzały sekundy tego, że ktoś na nie czeka, a już w miarę się nasyciły tym czymś z łąki i to coś w sobie, co kazało im bez słów zagłębić się w zarośnięte przestrzenie pól i krzaków.
K-Pax to drugi film, który wspólnie obejrzeliśmy wieczorem. Powracam do tego filmu co jakiś czas. Polecam tym, którzy przypatrują się rzeczywistości terapeutycznej. Tak jak na łące czułem się jako mężczyzna kimś z zupełnie innej rzeczywistości, nie bardzo mającym narzędzia, aby tę kobiecą rzeczywistość zrozumieć, w podobny sposób prowadzi nas historia K-Pax. Jest oczywiście o wiele, wiele bogatsza. Już któryś raz przyglądam się w tym filmie symbolice światła. To jeden z tych filmów, którego przekaz jest kilkuwarstwowy.
W pewnym sensie jesteśmy dla siebie, jako wszyscy ludzie, nie tylko przy najgrubszym podziale na płeć, jak z innej planety. Dość odmienni i mało zrozumiani. Ale ważniejsze, że jesteśmy zanurzeni we wspólnej, o wiele większej rzeczywistości, niż jesteśmy w stanie to zauważyć. Możemy w tym przyjąć postawę terapeuty z K-Paxu, próbującego nagiąć rzeczywistość do swoich schematów poznawczych. Bardzo starał się, aby świat nie okazał się inny, niż już wcześniej założył. Nie muszę pisać, że kiepsko było z jego miłością. Jak można ją widzieć, kiedy się nie chce zobaczyć czegoś większego od siebie?
Tak właśnie jest z miłością - widzą ją dobrze i bardziej potrafią nią żyć ludzie, którzy nie naginają świata i tego co widzą do swoich założeń, a odwrotnie - zmieniają swoje myślenie i odczuwanie nieustannie, bo ciągle widzą świeżość i ogrom rzeczywistości dookoła. Miłość wymaga kierunku od nas, na zewnątrz, tzw. wyjścia ze swojej skorupy. Czyli rezygnowania z egoizmu, z miłości własnej. I to nie tylko w relacjach z innymi ludźmi. To jest o wiele, wiele więcej. Cały stosunek do świata, tego dotykalnego, widzialnego i tego nienamacalnego, jak choćby świat myśli i uczuć innej osoby. Ale także do dziwu, jakim jest wszechświat. Często osobom, które mają problem ze zrozumieniem jak żyć miłością, zalecam zastanawianie się nad tajemnicą wszechświata. Wystarczy zwykłe patrzenie w gwiazdy. Przy próbie zrozumienia, czy choćby wyobrażenia sobie skali wielkości i odległości, nasze problemy przybierają w naszych głowach odpowiednie proporcje i nagle znajdujemy rozwiązania. A za nimi zachwyt i nieustanne zadziwienie. A to bardzo potrzebne Miłości, żeby mogła w nas zaistnieć i się utrzymać.