Marcin od miłości

niedziela, 6 września 2009

Niepłodność

       Odwiedziło nas pewne młode małżeństwo, które zajmuje się, w szerokim ujęciu, zagadnieniem płodności małżonków. Naprawdę w szerokim. Odwiedziliśmy też na chwilę Słowację. Obserwując pobieżnie Słowaków i Romów, których bardzo duża liczba wybiera do życia właśnie ten kraj, a Słowacy jakoś nie mają ochoty się mnożyć, wywiązała się rozmowa o sprawach demograficznych.

       Temat bardzo często wraca w rozmowach - i z małżonkami, i narzeczonymi, ale tak samo samotnymi, żyjącymi w celibacie i na innych drogach życia. Jeśli chodzi o znaczenie płodności w miłości to sprawa jest dość nieskomplikowana. Nie ma miłości bezpłodnej. Miłość ze swej natury jest płodna. Po prostu, niesie życie. Tworzy je.

       Problem jest z tym, że my nie rozumiemy normalnie płodności. Mamy podokładane w ten temat, czasem nawet przez siebie samych, dziwne ideologie. Choćby taką, że płodność to tylko rozmnażanie. Albo taką, że jak nie ma dziecka, to małżeństwo jest nieudane, czy gorsze. Albo, że jak nie ma dziecka, to "nie ma po co żyć i się człowiek nie zrealizuje," Pierwszy pomysł to nadmierne skupianie się na biologii, drugi na aspektach społecznych i użyteczności związku cywilno-prawnego (jeśli to dobrze nazwałem), trzeci to ideologia przekazywania WŁASNYCH genów (czyli jakaś tam odmiana egocentryzmu). Odmiennym zagadnieniem jest kwestia instynktu macierzyńskiego - to pojęcie jest wymieszaniem wszystkich płaszczyzn życia kobiety na raz.

       Płodność to płodność. Nie rozmnażanie. Całe Życie na ziemi jest twórcze. Pod każdą postacią, choćby w wymiarze niesamowitej zdolności i gotowości do przystosowywania się w coraz to nowych miejscach i warunkach. Kopałem ostatnio głęboką dziurę w ziemi. Ziemi mało urodzajnej, w zasadzie glina i skała. Prawie metr pod powierzchnią znajdowałem zbite bryły, w których były wydrążone korytarze przez różne żyjątka, a w tych korytarzach pełno korzonków roślin. Takie wzajemne dopełnianie się. Lubię też obserwować mrówki, szczególnie w lesie, gdzie obok siebie istnieje kilka mrowisk mrówek różnych gatunków. Wszystkie mają co jeść, starają się nie wchodzić sobie w drogę.

       Nasza planeta tętni życiem, a i cały wszechświat nim tętni. Tylko proszę to rozumieć właściwie, nie piszę o UFO i innych cywilizacjach, bo nic o nich nie wiemy. Bardzo uderzył mnie prosty opis lotu kosmicznego z pierwszego tomu Trylogii Międzyplanetarnej C.S.Lewisa "Z milczącej planety". Dzięki temu opisowi chyba pierwszy raz spojrzałem na tak zwaną próżnię kosmiczną nie jak na zimną, pustą przestrzeń, ale jak na gorącą, tętniącą całymi fontannami energii rzeczywistość. Szczególnie w pobliżu gwiazd. Przecież my jesteśmy jedną z konsekwencji tej skomplikowanej rzeczywistości. Nasza planeta jest tworem działających w niej sił. A więc te siły są TWÓRCZE.

       I o to właśnie chodzi z płodnością w miłości - my mamy być twórczy, mamy nieść życie. W jakiejkolwiek formie. Może być w tak zwanym przyroście naturalnym, albo jak chcą bardziej romantycznie nastawione osobniki naszego gatunku - "żeby były małe dzidzi." Ale to tylko okruszek bycia twórczym. Zresztą nawet ta kwestia, przy trzeźwym spojrzeniu, wcale nie jest prosta. Zrobić genetycznie dziecko może nawet pipetą w probówce. Ale spłodzić, czyli stworzyć, nowego człowieka... Wiadomo, to już sztuka i cały trud zrodzenia, najlepiej w miłości, odżywienia, pielęgnowania i wychowania. Myślę, że każdy to może łatwo zauważyć, kiedy pomyśli o tym "jakim człowiekiem uczynili mnie moi rodzice." Że oni nieraz zawalają wiele, to dziś wiedza powszechna. Ale to nie uprawnia nas do uproszczania myślenia w ten sposób, że sprowadzimy płodność do kwestii pomieszania genów dwojga ludzi.

       Skoro planeta i wszechświat tętnią życiem i są twórcze, to jest dosyć logiczne, że te same siły i potencje są również w ich tworach, czyli też w nas. Jest dużym błędem nie korzystanie z nich, a już bardzo dużą winą jest negowanie tych sił, choćby przez proste wypieranie. Wypieranie na poziomie indywidualnym czy społecznym, ideologicznym - nie ma różnicy. Mało tego, okazuje się, że nie korzystanie z tych sił odbiera nam chęć życia i siły do wszystkiego. To tak, jakby żyć bez miłości. Bo to jest życie bez miłości.

       Wiem, że dziś wielu tak chce i przekonują, że tak lepiej. A nawet, że się da. Tacy już bywali na naszej planecie, a ludzkość jednak istnieje dzięki ich przeciwnikom - czyli ludziom, którzy pozostają płodni i twórczy.

       Jeśli sprowadzimy kwestię płodności do poziomu rozmnażania, to pojawi się też kolejny problem. I on się pojawia. Będzie bolało. Będziemy się frustrować, jeśli akurat tak żyjemy, że z różnych powodów tych dzieci nie mamy - choćby przez to, że wybieram życie samotne, albo bez rodziny „biologicznej” - będzie się wtedy wydawać, że moje życie jest bez sensu, skoro sensowne jest tylko płodne, a płodność to rozmnażanie. To prawda, że bezpłodne życie jest puste i boli. Ale to nieprawda, że płodność to rozmnażanie. Płodność to wnoszenie życia we mnie, w innych, w świat. Czasem przywracanie życia, sił i zachwytu życiem, nadziei, że warto żyć. Twórcze życie jest płodne, miłość jest płodna.

wtorek, 1 września 2009

Kłótnie małżeńskie

       Podobno nie ma małżeństwa, które by było zdrowe i nie miało sprzeczek. I to wygląda na prawdę. Czy są nam potrzebne? Oczywiście, że tak. I to bardziej niż się wydaje. A jednocześnie nie są nam potrzebne, a wręcz przeszkadzają.

       Stawiam tezę, że kłótnie są nam potrzebne i to nam, jako całemu społeczeństwu. Czyli mi potrzebne są nieporozumienia małżeńskie sąsiadów, choć jednocześnie zupełnie niepotrzebne są mi kłótnie innych... Jak to rozumieć?

       Proszę od razu zrezygnować z myślenia o własnych ewentualnych sprzeczkach, bo to niepotrzebne emocje, a to zamyka na mądrość. Wyobraźmy sobie jakąkolwiek sytuację, kiedy jesteśmy świadkami, słuchaczami, czy niemymi uczestnikami sprzeczki między mężczyzną i kobietą, których ewidentnie łączy silna więź i którzy dzielą ze sobą jakiś wymiar rzeczywistości. Jak się wtedy czujemy? Jak się w takiej sytuacji zachowujemy?

       Myślę, że najczęstszym naszym zachowaniem jest udawanie, że nie słyszymy, chęć oddalenia się, albo przynajmniej myśl, że „To ich sprawa, nie należy się mieszać”. Błąd. Tak samo błąd, kiedy zaczynamy się mieszać i przyjmujemy rolę mediatora, rozjemcy czy inne pomysły.

       Oba zachowania w takiej sytuacji są błędne, ponieważ tracimy przez nie niespotykane okazje rozwoju miłości. Drugi pomysł jest głupi, bo wchodzimy w rolę, która nie jest nam przeznaczona i zmieniamy dynamikę rozmowy tych ludzi. Pierwszy jest głupi, bo bazuje na fałszywym założeniu, że „nie jesteśmy uczestnikami tej sytuacji”, podczas gdy właśnie nimi jesteśmy.

       Co mam na myśli, że to niespotykana okazja nauki miłości? Wystarczy zacząć słuchać takiej kłótni, nie stając w wyobraźni czy osądach po stronie mężczyzny lub kłócącej się kobiety, ale stając w ich rolach jako ja i mój ukochany/moja ukochana. Takie małe ćwiczenie umysłowe. I przypatrzeć się na ile i w jaki sposób moja relacja jest podobna do tej, którą obserwuję. Na ile ta rozmowa przypomina moje. Czy rozumiem reakcje mężczyzny i kobiety? Może dzięki temu w końcu zrozumiem, dlaczego mój mężczyzna / moja kobieta tak a nie inaczej reaguje na podobne słowa. Czemu się nawzajem ranimy, niedoceniamy, w imię jakich wartości depczemy drugą osobę, której obiecaliśmy miłość (UWAGA! Nie-małżonkowie też obiecują sobie miłość, nie miejcie złudzeń, że zobowiązanie dotyczy tylko małżeństw!). Nawet proste sprawy: dlaczego używamy takich i innych zwrotów, jakie chwyty w takiej wymianie zdań używają oni, a jakich my... Należy taką kłótnię przyjąć jako dar dla siebie od losu. Na spokojnie jej wysłuchać, skoro kłócący się nas do tego zaprosili (przecież nie wyszli?) i zaaplikować wnioski z niej do swojej drogi w miłości.



       PS. A jakie kłótnie są nam niepotrzebne? Te, które odbierają nam wiarę w miłość, które nas najzwyczajniej gorszą. Jak choćby wspomniana w poście, albo komentarzach, zołza, która bije swojego męża, bo ten pije. Takich sytuacji szczerze radzę unikać, trzymać się z dala, żeby nie mieć potem robaczywego serca.

       PS 2. Naprawdę z kłótni trzeba korzystać, a dużo łatwiej z cudzej, kiedy nie jesteśmy uwikłani dodatkowo przeżyciami. Ja korzystam choćby tak, że mogę Państwu o tym napisać.

       PS 3. Zupełnym błędem jest szukanie na partnera w miłości osoby, z którą w ogóle się nie kłócimy. Tak samo, jak błędem jest wiązanie się z kimś, z kim praktycznie nie ma dnia bez sprzeczki...

       PS 4. Jest tylko jedna możliwość normalnego małżeństwa, gdzie oboje są zaangażowani i nie wycofują się, a w którym nie ma kłótni. Jest to małżeństwo ludzi, z których żadne nie ma ani kszty egoizmu, i którzy oboje szczerze (nie udając przed innymi i sobą samymi) wybierają dobro małżeństwa. Dodatkowo oboje muszą być mądrzy i mieć pewność ku którym wartościom się kierują jako małżeństwo oraz bez wahań to robić. Muszą mieć oparcie w czymś większym niż oni sami, w czymś poza swoją relacją.