Niepłodność
Odwiedziło
nas pewne młode małżeństwo, które zajmuje się, w szerokim
ujęciu, zagadnieniem płodności małżonków. Naprawdę w
szerokim. Odwiedziliśmy też na chwilę Słowację. Obserwując pobieżnie
Słowaków i Romów, których bardzo duża
liczba wybiera do życia właśnie ten kraj, a Słowacy jakoś nie mają
ochoty się mnożyć, wywiązała się rozmowa o sprawach demograficznych.
Temat bardzo często wraca w rozmowach - i z małżonkami, i narzeczonymi, ale tak samo samotnymi, żyjącymi w celibacie i na innych drogach życia. Jeśli chodzi o znaczenie płodności w miłości to sprawa jest dość nieskomplikowana. Nie ma miłości bezpłodnej. Miłość ze swej natury jest płodna. Po prostu, niesie życie. Tworzy je.
Problem jest z tym, że my nie rozumiemy normalnie płodności. Mamy podokładane w ten temat, czasem nawet przez siebie samych, dziwne ideologie. Choćby taką, że płodność to tylko rozmnażanie. Albo taką, że jak nie ma dziecka, to małżeństwo jest nieudane, czy gorsze. Albo, że jak nie ma dziecka, to "nie ma po co żyć i się człowiek nie zrealizuje," Pierwszy pomysł to nadmierne skupianie się na biologii, drugi na aspektach społecznych i użyteczności związku cywilno-prawnego (jeśli to dobrze nazwałem), trzeci to ideologia przekazywania WŁASNYCH genów (czyli jakaś tam odmiana egocentryzmu). Odmiennym zagadnieniem jest kwestia instynktu macierzyńskiego - to pojęcie jest wymieszaniem wszystkich płaszczyzn życia kobiety na raz.
Płodność to płodność. Nie rozmnażanie. Całe Życie na ziemi jest twórcze. Pod każdą postacią, choćby w wymiarze niesamowitej zdolności i gotowości do przystosowywania się w coraz to nowych miejscach i warunkach. Kopałem ostatnio głęboką dziurę w ziemi. Ziemi mało urodzajnej, w zasadzie glina i skała. Prawie metr pod powierzchnią znajdowałem zbite bryły, w których były wydrążone korytarze przez różne żyjątka, a w tych korytarzach pełno korzonków roślin. Takie wzajemne dopełnianie się. Lubię też obserwować mrówki, szczególnie w lesie, gdzie obok siebie istnieje kilka mrowisk mrówek różnych gatunków. Wszystkie mają co jeść, starają się nie wchodzić sobie w drogę.
Nasza planeta tętni życiem, a i cały wszechświat nim tętni. Tylko proszę to rozumieć właściwie, nie piszę o UFO i innych cywilizacjach, bo nic o nich nie wiemy. Bardzo uderzył mnie prosty opis lotu kosmicznego z pierwszego tomu Trylogii Międzyplanetarnej C.S.Lewisa "Z milczącej planety". Dzięki temu opisowi chyba pierwszy raz spojrzałem na tak zwaną próżnię kosmiczną nie jak na zimną, pustą przestrzeń, ale jak na gorącą, tętniącą całymi fontannami energii rzeczywistość. Szczególnie w pobliżu gwiazd. Przecież my jesteśmy jedną z konsekwencji tej skomplikowanej rzeczywistości. Nasza planeta jest tworem działających w niej sił. A więc te siły są TWÓRCZE.
I o to właśnie chodzi z płodnością w miłości - my mamy być twórczy, mamy nieść życie. W jakiejkolwiek formie. Może być w tak zwanym przyroście naturalnym, albo jak chcą bardziej romantycznie nastawione osobniki naszego gatunku - "żeby były małe dzidzi." Ale to tylko okruszek bycia twórczym. Zresztą nawet ta kwestia, przy trzeźwym spojrzeniu, wcale nie jest prosta. Zrobić genetycznie dziecko może nawet pipetą w probówce. Ale spłodzić, czyli stworzyć, nowego człowieka... Wiadomo, to już sztuka i cały trud zrodzenia, najlepiej w miłości, odżywienia, pielęgnowania i wychowania. Myślę, że każdy to może łatwo zauważyć, kiedy pomyśli o tym "jakim człowiekiem uczynili mnie moi rodzice." Że oni nieraz zawalają wiele, to dziś wiedza powszechna. Ale to nie uprawnia nas do uproszczania myślenia w ten sposób, że sprowadzimy płodność do kwestii pomieszania genów dwojga ludzi.
Skoro planeta i wszechświat tętnią życiem i są twórcze, to jest dosyć logiczne, że te same siły i potencje są również w ich tworach, czyli też w nas. Jest dużym błędem nie korzystanie z nich, a już bardzo dużą winą jest negowanie tych sił, choćby przez proste wypieranie. Wypieranie na poziomie indywidualnym czy społecznym, ideologicznym - nie ma różnicy. Mało tego, okazuje się, że nie korzystanie z tych sił odbiera nam chęć życia i siły do wszystkiego. To tak, jakby żyć bez miłości. Bo to jest życie bez miłości.
Wiem, że dziś wielu tak chce i przekonują, że tak lepiej. A nawet, że się da. Tacy już bywali na naszej planecie, a ludzkość jednak istnieje dzięki ich przeciwnikom - czyli ludziom, którzy pozostają płodni i twórczy.
Jeśli sprowadzimy kwestię płodności do poziomu rozmnażania, to pojawi się też kolejny problem. I on się pojawia. Będzie bolało. Będziemy się frustrować, jeśli akurat tak żyjemy, że z różnych powodów tych dzieci nie mamy - choćby przez to, że wybieram życie samotne, albo bez rodziny „biologicznej” - będzie się wtedy wydawać, że moje życie jest bez sensu, skoro sensowne jest tylko płodne, a płodność to rozmnażanie. To prawda, że bezpłodne życie jest puste i boli. Ale to nieprawda, że płodność to rozmnażanie. Płodność to wnoszenie życia we mnie, w innych, w świat. Czasem przywracanie życia, sił i zachwytu życiem, nadziei, że warto żyć. Twórcze życie jest płodne, miłość jest płodna.
Temat bardzo często wraca w rozmowach - i z małżonkami, i narzeczonymi, ale tak samo samotnymi, żyjącymi w celibacie i na innych drogach życia. Jeśli chodzi o znaczenie płodności w miłości to sprawa jest dość nieskomplikowana. Nie ma miłości bezpłodnej. Miłość ze swej natury jest płodna. Po prostu, niesie życie. Tworzy je.
Problem jest z tym, że my nie rozumiemy normalnie płodności. Mamy podokładane w ten temat, czasem nawet przez siebie samych, dziwne ideologie. Choćby taką, że płodność to tylko rozmnażanie. Albo taką, że jak nie ma dziecka, to małżeństwo jest nieudane, czy gorsze. Albo, że jak nie ma dziecka, to "nie ma po co żyć i się człowiek nie zrealizuje," Pierwszy pomysł to nadmierne skupianie się na biologii, drugi na aspektach społecznych i użyteczności związku cywilno-prawnego (jeśli to dobrze nazwałem), trzeci to ideologia przekazywania WŁASNYCH genów (czyli jakaś tam odmiana egocentryzmu). Odmiennym zagadnieniem jest kwestia instynktu macierzyńskiego - to pojęcie jest wymieszaniem wszystkich płaszczyzn życia kobiety na raz.
Płodność to płodność. Nie rozmnażanie. Całe Życie na ziemi jest twórcze. Pod każdą postacią, choćby w wymiarze niesamowitej zdolności i gotowości do przystosowywania się w coraz to nowych miejscach i warunkach. Kopałem ostatnio głęboką dziurę w ziemi. Ziemi mało urodzajnej, w zasadzie glina i skała. Prawie metr pod powierzchnią znajdowałem zbite bryły, w których były wydrążone korytarze przez różne żyjątka, a w tych korytarzach pełno korzonków roślin. Takie wzajemne dopełnianie się. Lubię też obserwować mrówki, szczególnie w lesie, gdzie obok siebie istnieje kilka mrowisk mrówek różnych gatunków. Wszystkie mają co jeść, starają się nie wchodzić sobie w drogę.
Nasza planeta tętni życiem, a i cały wszechświat nim tętni. Tylko proszę to rozumieć właściwie, nie piszę o UFO i innych cywilizacjach, bo nic o nich nie wiemy. Bardzo uderzył mnie prosty opis lotu kosmicznego z pierwszego tomu Trylogii Międzyplanetarnej C.S.Lewisa "Z milczącej planety". Dzięki temu opisowi chyba pierwszy raz spojrzałem na tak zwaną próżnię kosmiczną nie jak na zimną, pustą przestrzeń, ale jak na gorącą, tętniącą całymi fontannami energii rzeczywistość. Szczególnie w pobliżu gwiazd. Przecież my jesteśmy jedną z konsekwencji tej skomplikowanej rzeczywistości. Nasza planeta jest tworem działających w niej sił. A więc te siły są TWÓRCZE.
I o to właśnie chodzi z płodnością w miłości - my mamy być twórczy, mamy nieść życie. W jakiejkolwiek formie. Może być w tak zwanym przyroście naturalnym, albo jak chcą bardziej romantycznie nastawione osobniki naszego gatunku - "żeby były małe dzidzi." Ale to tylko okruszek bycia twórczym. Zresztą nawet ta kwestia, przy trzeźwym spojrzeniu, wcale nie jest prosta. Zrobić genetycznie dziecko może nawet pipetą w probówce. Ale spłodzić, czyli stworzyć, nowego człowieka... Wiadomo, to już sztuka i cały trud zrodzenia, najlepiej w miłości, odżywienia, pielęgnowania i wychowania. Myślę, że każdy to może łatwo zauważyć, kiedy pomyśli o tym "jakim człowiekiem uczynili mnie moi rodzice." Że oni nieraz zawalają wiele, to dziś wiedza powszechna. Ale to nie uprawnia nas do uproszczania myślenia w ten sposób, że sprowadzimy płodność do kwestii pomieszania genów dwojga ludzi.
Skoro planeta i wszechświat tętnią życiem i są twórcze, to jest dosyć logiczne, że te same siły i potencje są również w ich tworach, czyli też w nas. Jest dużym błędem nie korzystanie z nich, a już bardzo dużą winą jest negowanie tych sił, choćby przez proste wypieranie. Wypieranie na poziomie indywidualnym czy społecznym, ideologicznym - nie ma różnicy. Mało tego, okazuje się, że nie korzystanie z tych sił odbiera nam chęć życia i siły do wszystkiego. To tak, jakby żyć bez miłości. Bo to jest życie bez miłości.
Wiem, że dziś wielu tak chce i przekonują, że tak lepiej. A nawet, że się da. Tacy już bywali na naszej planecie, a ludzkość jednak istnieje dzięki ich przeciwnikom - czyli ludziom, którzy pozostają płodni i twórczy.
Jeśli sprowadzimy kwestię płodności do poziomu rozmnażania, to pojawi się też kolejny problem. I on się pojawia. Będzie bolało. Będziemy się frustrować, jeśli akurat tak żyjemy, że z różnych powodów tych dzieci nie mamy - choćby przez to, że wybieram życie samotne, albo bez rodziny „biologicznej” - będzie się wtedy wydawać, że moje życie jest bez sensu, skoro sensowne jest tylko płodne, a płodność to rozmnażanie. To prawda, że bezpłodne życie jest puste i boli. Ale to nieprawda, że płodność to rozmnażanie. Płodność to wnoszenie życia we mnie, w innych, w świat. Czasem przywracanie życia, sił i zachwytu życiem, nadziei, że warto żyć. Twórcze życie jest płodne, miłość jest płodna.