Jedna z bardziej
działających mi na nerwy "prawd" o miłości: "miłość jest relacją".
Oczywiście miłość jest relacją, ale jakbym napisał prawdę, że miłość
nie sprowadza się do relacji, to mało kto by wiedział o co chodzi. To z
naszych braków w szkole myślenia - pisałem o tym wcześniej. Więc
zostańmy na chwilę przy tym, że miłość nie jest relacją.
Zazwyczaj słyszę to
sformułowanie, a jeszcze częściej widzę, w postępowaniu kobiet w
relacjach. Podobnie i niejeden mężczyzna, czy chłopiec, zdaje się tak
myśleć o miłości. Że miłość to (tylko) relacja między mną a ukochanym /
ukochaną.
Bardzo brzemienny w skutki błąd w myśleniu o miłości, a przez to i w praktyce miłości.
Częstsze jest u kobiet, bo
patrząc z perspektywy uzdolnień naturalnych, właśnie to jest ich domena
- budowanie więzi, wzajemnych odniesień, relacji właśnie, poczucia
bliskości, przynależności, wspólnoty działań, myśli i uczuć. I
inne tym podobne. Proszę tu nie myśleć od razu o rolach płciowych
"kulturowo narzucanych". W tym przypadku jest tak u większości
ssaków. Dlaczego? A tu są już różne uzasadnienia i
teorie, mniejsza z nimi. Tak po prostu jest w naszych uzdolnieniach i
warto wykorzystać to, co dobrego z tego wynika, a unikać tego, co
gdzieś nam błędnie się po drodze dzieje.
Dlaczego myślenie pod tytułem
miłość równa się relacja (dla uzdolnionych matematycznie
miłość=relacja) zazwyczaj nam szkodzi? Najogólniej
mówiąc, i w uproszczeniu, jest złe, bo odbiera wolność drugiemu
człowiekowi. Czyli odbiera mu też prawo do miłości. A więc niszczy tak
naprawdę miłość między ludźmi. I tak się rzeczywiście zdarza, obserwuję
to niestety czasem na żywo.
Żeby to w pełni wyjaśnić, a
temat niełatwy, musiałbym wyjaśnić w pełni i zrozumiale, czym jest
miłość. Jaka jest prawda o miłości. A przecież to temat rzeka, temat na
całe życie.
Tak na marginesie, piszę
tych kilka zdań w przerwie między budową, załatwianiem całej masy spraw
administracyjnych z nią związanych, rąbaniem drewna i całą masą innych
domowych obowiązków, korzystając z tego, że pierwszy raz od
dwóch tygodni usiadłem, i to na dłużej, przy komputerze.
Korzystając też z tego, że moja żona i syn akurat śpią i nie potrzebują
mnie, oprócz wspomnianego ciepła w domu. Emocjonalnie jestem
między chłopami na budowie, których lubię, ale wiadomo -
pieniądze, alkohol, robota... prawie setką maili, z czego połowa to
pretensje, że nie odpisuję (druga połowa spam), opiniami,
których ciągle nie napisałem, i rozmowami, których stale
inni potrzebują, a ja nie mam serca ich przeprowadzić. Siłą rzeczy jest
mi nieco trudno skupić myśli w takim stopniu jakbym chciał. Cóż,
jak zwykle proszę o wyrozumiałość.
Sprowadzanie miłości do
relacji między ludźmi jest pewnym odwróceniem hierarchi.
Normalnie jest to mniej więcej tak: Kocham kogoś, więc pragnę jego
dobra. Jego prawdziwego dobra i naprawdę dobra, niezależnie od tego,
czy ten ktoś kocha mnie. Jeśli jest tak, że również ta osoba ma
miłość do mnie, to super. Też chce prawdziwego i czystego dobra w moim
życiu. Czyli sama istota miłości to nie relacja między ludźmi, ale
relacja tych ludzi do dobra, którego sobie nawzajem życzą. Jeśli
jest tak, że akurat mogę to dobro dać, albo pomóc je osiągnąć
tej osobie, to rzeczywiście wchodzimy w relację między sobą. Ale to
jest konsekwencja miłości, a nie odwrotnie. Niektórzy zaś
mówią, że miłość jest konsekwencją nawiązywania relacji.
Przykłady. Jadąc samochodem
każdy z nas jest w relacji do innych kierowców, pieszych,
rowerzystów itd. Nawet do psa na poboczu i do słupa na chodniku.
Bliższej oczywiście, jeśli w ten słup wiadę. Te relacje to przecież
jeszcze nie miłość. Drugi przykład. Siedząc gdzieś "na mieście", czy
przy kawie, czy przy innej lemoniadzie wieczorową porą, pozostaję w
relacjach do innych ludzi. Choćby do barmanki, kolesi przy stole
bilardowym, dziewczyny idącej gdzieś ulicą za oknem, jakiejś
rozkochanej parki zaszytej w ciemnym rogu kawiarni itd. Prowadząc
jakieś grupowe zajęcia, czy warsztatowe, czy bardziej wykładowe, w
sposób oczywisty nie tylko wchodzę w relacje z tymi ludźmi, do
których mówię, ale jeszcze te relację tworzę i prowadzę w
jakichś określonych kierunkach. Nie muszę zdawać sobie sprawy w
których kierunkach, ale fakt jest - tworzę relcje, swoją do
grupy i wiele relacji z każdym z tych ludzi. Czy wchodzę w te relacje z
miłością? Czy tworzę miłość? Czy daję, albo biorę w tych sytuacjach
jakieś dobro? Jeśli tak, i nie było to przypadkowe, ale zamierzone, to
rzeczywiście przy okazji tych relacji zaistniała miłość. Relacji mogę
nawiązywać tysiąc, miłości może nie być ani w jednej.
Teraz odwrotnie, czy może być
miłość, bez relacji z tą osobą, którą miłością obdarzam? Może.
Czasem tylko taka jest możliwa. Mogę na przykład kochać kogoś z
zupełnie innego czasu - choćby moją praprababcię, o której wiem,
że zawdzięczam jej życie. Albo moje praprawnuki, z myślą o
których każą nam dbać o ziemię, co by jej efekt suszarniany nie
nawiedził na dobre. Coś z bliższej perspektywy - mogę kochać
dziewczynę, która nie może być moją żoną, a ja jej mężem, a to
dlatego, że relacja między nami jest niemożliwa. Tak bywa między
ludźmi, kiedy na odległość możemy sobie życzyć dobrze, przebywając zaś
blisko zrobilibyśmy sobie tylko krzywdę. Ale to już oddzielny problem.
Dlaczego szkodzi? Dlaczego
odbiera wolność, a tym samym niszczy miłość? Podchodząc do kogoś z
płaszczyzny relacji stawiam tej osobie wymagania. Te wymagania wynikają
z relacji. Jednocześnie sam skupiam się na tym, jak tę relację
prowadzę, jak się zachowuję wobec tej osoby i co swoim zachowaniem
powoduję. Oczywiście tu dochodzi bardzo częsta sprawa - przejmuję się
tym jak się zachowuję, żeby nie zrazić tej osoby do siebie i żeby "nie
uciekła mi z relacji". Przykłady: "żeby on nie odszedł do innej", "żeby
ona mnie nie zdradzała", "żebym była dla niego najważniejsza". Z tymi
myślami ludzie często posuwają się nawet do manipulacji. Ogólnie
chodzi o to, jak zadziałać, aby coś w tej osobie spowodować lub czegoś
nie powodować. A tu niespodzianka, bo miłość nie znosi determinizmu. Do
miłości nie można zmusić, wie to każdy, kogo ktoś inny próbował
w ten sposób urobić.
W płaszczyźnie relacji
obowiązują zawsze jakieś reguły. Na przykład takie: sąsiadka ostatnio
pożyczała ode mnie cukier, to teraz ja mogę spokojnie iść do niej po
sól. Albo: nie mogę teraz do niego zadzwonić, bo ostatnio to ja
dzwoniłam i potem wysłałam smsa, a on jeszcze nie odpisał i jak teraz
zadzwonię, to będzie, że jestem łatwa. I tym podobne. A tu chodzi o to,
czy ten ktoś pragnie mojego dobra. Czy ja pragnę i ewentualnie zabiegam
o to, co naprawdę dla tego kogoś jest dobre. Jeśli dobre dla niego jest
żyć z inną osobą, to kochając powinienem tego pragnąć. Jeśli moje
dziecko chce być księdzem i gdzieś przeczuwam, że to naprawdę dobre dla
niego, choć mam inne plany i wizje na czyjeś życie... Kochając, pragnę
prawdziwego dobra. Tego realnego, nie wydumanego, nie zmanipulowanego.
Sama wolność już jest dobrem. Kochając kogoś prawdziwie, pragnę też
jego wolności. Tylko w wolności będzie mógł EWENTUALNIE też mnie
kochać. Bo nie musi.