Marcin od miłości

sobota, 21 listopada 2009

Lekcja poglądowa

baran owca
byk krowa
kury
lew lwica
adam i ewa


sobota, 7 listopada 2009

Miłość to nie relacja

       Jedna z bardziej działających mi na nerwy "prawd" o miłości: "miłość jest relacją". Oczywiście miłość jest relacją, ale jakbym napisał prawdę, że miłość nie sprowadza się do relacji, to mało kto by wiedział o co chodzi. To z naszych braków w szkole myślenia - pisałem o tym wcześniej. Więc zostańmy na chwilę przy tym, że miłość nie jest relacją.

       Zazwyczaj słyszę to sformułowanie, a jeszcze częściej widzę, w postępowaniu kobiet w relacjach. Podobnie i niejeden mężczyzna, czy chłopiec, zdaje się tak myśleć o miłości. Że miłość to (tylko) relacja między mną a ukochanym / ukochaną. Bardzo brzemienny w skutki błąd w myśleniu o miłości, a przez to i w praktyce miłości.

       Częstsze jest u kobiet, bo patrząc z perspektywy uzdolnień naturalnych, właśnie to jest ich domena - budowanie więzi, wzajemnych odniesień, relacji właśnie, poczucia bliskości, przynależności, wspólnoty działań, myśli i uczuć. I inne tym podobne. Proszę tu nie myśleć od razu o rolach płciowych "kulturowo narzucanych". W tym przypadku jest tak u większości ssaków. Dlaczego? A tu są już różne uzasadnienia i teorie, mniejsza z nimi. Tak po prostu jest w naszych uzdolnieniach i warto wykorzystać to, co dobrego z tego wynika, a unikać tego, co gdzieś nam błędnie się po drodze dzieje.

       Dlaczego myślenie pod tytułem miłość równa się relacja (dla uzdolnionych matematycznie miłość=relacja) zazwyczaj nam szkodzi? Najogólniej mówiąc, i w uproszczeniu, jest złe, bo odbiera wolność drugiemu człowiekowi. Czyli odbiera mu też prawo do miłości. A więc niszczy tak naprawdę miłość między ludźmi. I tak się rzeczywiście zdarza, obserwuję to niestety czasem na żywo.

       Żeby to w pełni wyjaśnić, a temat niełatwy, musiałbym wyjaśnić w pełni i zrozumiale, czym jest miłość. Jaka jest prawda o miłości. A przecież to temat rzeka, temat na całe życie.

       Tak na marginesie, piszę tych kilka zdań w przerwie między budową, załatwianiem całej masy spraw administracyjnych z nią związanych, rąbaniem drewna i całą masą innych domowych obowiązków, korzystając z tego, że pierwszy raz od dwóch tygodni usiadłem, i to na dłużej, przy komputerze. Korzystając też z tego, że moja żona i syn akurat śpią i nie potrzebują mnie, oprócz wspomnianego ciepła w domu. Emocjonalnie jestem między chłopami na budowie, których lubię, ale wiadomo - pieniądze, alkohol, robota... prawie setką maili, z czego połowa to pretensje, że nie odpisuję (druga połowa spam), opiniami, których ciągle nie napisałem, i rozmowami, których stale inni potrzebują, a ja nie mam serca ich przeprowadzić. Siłą rzeczy jest mi nieco trudno skupić myśli w takim stopniu jakbym chciał. Cóż, jak zwykle proszę o wyrozumiałość.

       Sprowadzanie miłości do relacji między ludźmi jest pewnym odwróceniem hierarchi. Normalnie jest to mniej więcej tak: Kocham kogoś, więc pragnę jego dobra. Jego prawdziwego dobra i naprawdę dobra, niezależnie od tego, czy ten ktoś kocha mnie. Jeśli jest tak, że również ta osoba ma miłość do mnie, to super. Też chce prawdziwego i czystego dobra w moim życiu. Czyli sama istota miłości to nie relacja między ludźmi, ale relacja tych ludzi do dobra, którego sobie nawzajem życzą. Jeśli jest tak, że akurat mogę to dobro dać, albo pomóc je osiągnąć tej osobie, to rzeczywiście wchodzimy w relację między sobą. Ale to jest konsekwencja miłości, a nie odwrotnie. Niektórzy zaś mówią, że miłość jest konsekwencją nawiązywania relacji.

       Przykłady. Jadąc samochodem każdy z nas jest w relacji do innych kierowców, pieszych, rowerzystów itd. Nawet do psa na poboczu i do słupa na chodniku. Bliższej oczywiście, jeśli w ten słup wiadę. Te relacje to przecież jeszcze nie miłość. Drugi przykład. Siedząc gdzieś "na mieście", czy przy kawie, czy przy innej lemoniadzie wieczorową porą, pozostaję w relacjach do innych ludzi. Choćby do barmanki, kolesi przy stole bilardowym, dziewczyny idącej gdzieś ulicą za oknem, jakiejś rozkochanej parki zaszytej w ciemnym rogu kawiarni itd. Prowadząc jakieś grupowe zajęcia, czy warsztatowe, czy bardziej wykładowe, w sposób oczywisty nie tylko wchodzę w relacje z tymi ludźmi, do których mówię, ale jeszcze te relację tworzę i prowadzę w jakichś określonych kierunkach. Nie muszę zdawać sobie sprawy w których kierunkach, ale fakt jest - tworzę relcje, swoją do grupy i wiele relacji z każdym z tych ludzi. Czy wchodzę w te relacje z miłością? Czy tworzę miłość? Czy daję, albo biorę w tych sytuacjach jakieś dobro? Jeśli tak, i nie było to przypadkowe, ale zamierzone, to rzeczywiście przy okazji tych relacji zaistniała miłość. Relacji mogę nawiązywać tysiąc, miłości może nie być ani w jednej.

       Teraz odwrotnie, czy może być miłość, bez relacji z tą osobą, którą miłością obdarzam? Może. Czasem tylko taka jest możliwa. Mogę na przykład kochać kogoś z zupełnie innego czasu - choćby moją praprababcię, o której wiem, że zawdzięczam jej życie. Albo moje praprawnuki, z myślą o których każą nam dbać o ziemię, co by jej efekt suszarniany nie nawiedził na dobre. Coś z bliższej perspektywy - mogę kochać dziewczynę, która nie może być moją żoną, a ja jej mężem, a to dlatego, że relacja między nami jest niemożliwa. Tak bywa między ludźmi, kiedy na odległość możemy sobie życzyć dobrze, przebywając zaś blisko zrobilibyśmy sobie tylko krzywdę. Ale to już oddzielny problem.

       Dlaczego szkodzi? Dlaczego odbiera wolność, a tym samym niszczy miłość? Podchodząc do kogoś z płaszczyzny relacji stawiam tej osobie wymagania. Te wymagania wynikają z relacji. Jednocześnie sam skupiam się na tym, jak tę relację prowadzę, jak się zachowuję wobec tej osoby i co swoim zachowaniem powoduję. Oczywiście tu dochodzi bardzo częsta sprawa - przejmuję się tym jak się zachowuję, żeby nie zrazić tej osoby do siebie i żeby "nie uciekła mi z relacji". Przykłady: "żeby on nie odszedł do innej", "żeby ona mnie nie zdradzała", "żebym była dla niego najważniejsza". Z tymi myślami ludzie często posuwają się nawet do manipulacji. Ogólnie chodzi o to, jak zadziałać, aby coś w tej osobie spowodować lub czegoś nie powodować. A tu niespodzianka, bo miłość nie znosi determinizmu. Do miłości nie można zmusić, wie to każdy, kogo ktoś inny próbował w ten sposób urobić.

       W płaszczyźnie relacji obowiązują zawsze jakieś reguły. Na przykład takie: sąsiadka ostatnio pożyczała ode mnie cukier, to teraz ja mogę spokojnie iść do niej po sól. Albo: nie mogę teraz do niego zadzwonić, bo ostatnio to ja dzwoniłam i potem wysłałam smsa, a on jeszcze nie odpisał i jak teraz zadzwonię, to będzie, że jestem łatwa. I tym podobne. A tu chodzi o to, czy ten ktoś pragnie mojego dobra. Czy ja pragnę i ewentualnie zabiegam o to, co naprawdę dla tego kogoś jest dobre. Jeśli dobre dla niego jest żyć z inną osobą, to kochając powinienem tego pragnąć. Jeśli moje dziecko chce być księdzem i gdzieś przeczuwam, że to naprawdę dobre dla niego, choć mam inne plany i wizje na czyjeś życie... Kochając, pragnę prawdziwego dobra. Tego realnego, nie wydumanego, nie zmanipulowanego. Sama wolność już jest dobrem. Kochając kogoś prawdziwie, pragnę też jego wolności. Tylko w wolności będzie mógł EWENTUALNIE też mnie kochać. Bo nie musi.