29. lutego – dzień, którego nie ma

Moda na systemy

Naszło mnie, żeby akurat dziś załatwić pewną sprawę. Sprawę urzędową przy użyciu supernowoczesnego i europejskiego systemu ułatwiania obywatelowi kraju wspólnoty europejskiej relacji z administracją publiczną. No i system się wyłożył. Stwierdził, że muszę podać datę późniejszą lub wcześniejszą niż 29. lutego. Jednocześnie – ponieważ jest to bardzo nowoczesny i bezpieczny system relacji z administracją publiczną, ma szereg zabezpieczeń, protokołów i jednorazowych haseł – system nie zezwolił na wstawienie innej daty niż dzisiejsza. Taki paradoks dzisiejszej mody na nowoczesne systemy informatyczne w Polsce.

Piszę „w Polsce”, ponieważ nie spotkałem tego jeszcze w innym kraju. Powtarza się nam, mam wrażenie, że Europa jest taka nowoczesna i że mamy ciągle do niej daleko, więc należy nasze zacofane technologicznie życie codzienne unowocześniać. Podczas gdy wiele rozwiązań z Europy to tradycyjne papier i ołówek. Plus możliwość korespondencji z urzędami e-mailowo. Tu akurat naprawdę jesteśmy „za Murzynami”.

Przygoda z Cit-em

Niedawno też musieliśmy złożyć zeznanie podatkowe fundacji – CIT-8. Nie przepadam za wizytami w Urzędzie Skarbowym – jest tam smutniej niż w szpitalu, atmosfera bardziej zmrażająca niż w kostnicy nieraz. Przepraszam z góry pracowników US-ów jeśli to czytają (Zosia!) – wiem, że dla nich ta praca jest oswojona i może być miła. Z pozycji petenta wygląda to w wielu miejscach inaczej. W każdym razie, zamiast iść po formularz do US, ściągam nowoczesny formularz do wypełniania zeznania on-line.

Najpierw najnowsza wersja Acrobat Reader’a. Potem prosi o ściągnięcie dodatkowych „protokołów zabezpieczających”. Potem jakąś „wtyczkę”. Ściągam. Potem dowiaduję się po długim czasie szukania informacji, że Cit-u już nie wypełnię i nie wyślę komputerowo, bo ta możliwość była kilka lat temu, teraz można wysłać tylko PIT-y emailem. OK, mówię sobie, wyślę pocztą. Przy okazji komputer mojej żony ledwo daje radę z obsługą tego formularza, tak mocno obciąża system. Co prawda mocno nie najnowszy.

Wypełnienie trochę trwało – język z formularza nieco odbiega od języka polskiego. Na wszelki wypadek radzę się znajomych i rodziny (pracowników US, innego niż składam zeznania, żeby nie było). Nie mogą tego supernowoczesnego i zabezpieczonego formularza otworzyć. W Urzędzie Skarbowym nie mogą.

Przygoda z wnioskami o dopłaty

Trochę wcześniej pisałem „wnioski o dofinansowanie operacji w ramach Lokalnej Strategii Rozwoju Stowarzyszenia… w ramach Działania 4.1/413 Wdrażanie Lokalnych strategii Rozwoju – Małe Projekty, objętego Programem Rozwoju Obszarów Wiejskich 2007-2013 ”.

Ładny język, prawda? Cała nowomowa (niby)europejska tak wygląda. To sformułowanie jeszcze ma sens, język ue-wniosków i ich instrukcji, wierzcie mi, już nie bardzo. Ale o to właśnie chodzi, trzeba zrozumieć, że język wniosków nie jest językiem polskim.

W każdym razie rok temu można było wypełnić te wnioski odręcznie lub w Excelu. W tym roku, oczywiście odręcznie ewentualnie też można, ale doradza się, żeby przygotować je w specjalnie zaprojektowanym formularzu elektronicznym. Krótko i na temat: masakrycznie wielki plik, przeciętny komputer obciąża ile może, nie pozwala na jakikolwiek błąd (to w ramach ułatwiania życia obywatelowi i myślenia za niego). Efekt był taki, że musiałem przerobić wersję zeszłoroczną z excela, bo ta nowoczesna po prostu nie pozwalała przygotować wniosku częściowo, żeby wnioskodawca potem mógł sobie dopisać resztę (choćby dane personalne) i złożyć wniosek. System zabezpieczeń zabezpieczał przed tym wywalając wielki napis „KOPIA ROBOCZA” przez wszystkie strony. A z takim napisem, jak uprzejmie poinformowano w instrukcji wypełniania, wniosków nie przyjmujemy.

I tak sobie myślę, że to znakomity przykład metafora tego jak działają nasi informatycy i ich podejścia do życia i nowocześności. Wykształceni, inteligentni chłopcy, specjaliści od informatyki, zabezpieczeń, komputerów, którzy swoją wiedzę traktują jak kochankę i zazdrośnie jej bronią przed niepowołanymi profanami. Systemy rosną i rosną, coraz bardziej nowoczesne, aż do granic jakie daje technika. A potem dalej. A my, potencjalni odbiorcy? Cóż… zawsze możesz poprosić znajomego informatyka o pomoc. Albo kupić nowy komputer. Tylko co to zmieni? W urzędach nic. I w moim i w twoim życiu też nic.

Bajki o toksycznych relacjach

Napisałem bajkę wprowadzającą w temat toksycznych relacji. Okazało się, że zdecydowanie słabiej jest rozumiana przez mężczyzn, niż przez kobiety. Prawda to?

KRÓLEWNA I KRÓLEWICZ

Za siedmioma rzekami, gdzieś nad wielką wodą, w samym centrum starego miasta stał zamek, a przy nim katedra. Po placu między zamkiem a katedrą zwykła była spacerować królewna. Piękna, niezwykła, zawsze spokojna i miła. Jak na królewnę przystało.

Pewnego deszczowego i chłodnego dnia, całkiem niedaleko niej przechodził nieznany młodzieniec. Wyróżniał się spośród tłumu, tak że królewna nie mogła go nie zauważyć. Ubrany był źle i niechlujnie, więc z pozoru wyglądał jak głupek lub żebrak. Ale w jego ruchach i postawie od razu widać było kogoś szlachetnego rodu. Przynajmniej królewna kogoś takiego w nim widziała. I kiedy usłyszała jak rozmawia z jednym z kupców, była już pewna. To jest jakiś zamorski królewicz, który z nieznanych jej przyczyn ma złe maniery i używa plugawego języka.

- On się przecież marnuje – pomyślała i obiecała sobie, że jeśli tylko Opatrzność pozwoli, ona sprawi, że królewicz znów będzie królewiczem.
Nie minął miesiąc jeszcze, kiedy królewicz bywał już częstym gościem na zamku. A ponieważ nie zawsze wiedział jak się zachować w nieznanym sobie, a królewskim przecież otoczeniu, z wdzięcznością przyjmował wszelkie rady i wskazówki, których królewna nie omieszkała mu dawać, kiedy tylko nadarzała się okazja. Podziwiał ją i szanował, a wkrótce także adorował. Królewna nie stroniła od niego, więc młodzieniec od słów przeszedł do czynów.

Królewna zaś, onieśmielona i zaskoczona tym, że naprawdę stała się wybranką królewicza, chłonęła całą sobą każde nowe uczucie i poruszenie zakochanego serca. I choć nie wyobrażała sobie innego życia niż jako jego żona, to z upływem miesięcy, a potem lat, kiedy ciągle do wymarzonego ślubu nie dochodziło, nie była już tego taka pewna. Sam królewicz zdawał się być coraz bardziej przekonany, że będą ze sobą żyli i namawiał królewnę do założenia rodziny, ona czuła jednak, że coś się między nimi zmieniło. Widząc zmartwienie i smutek swojej królewny, dwórki poradziły jej, żeby zasięgnęła porady pewnej starej kobiety, z której porad one same korzystają w sprawach miłosnych. Królewna dostała od wiedźmy, bo tą w rzeczywistości była owa stara kobieta, poradę jak ożywiać relację z królewiczem i zioła, żeby nie było przy tym konsekwencji. Bo choć król i cały jego dwór hołdował nowoczesnym modom i obyczajom, królewna nie czuła się jeszcze gotowa, jak sama mówiła, żeby mieć dzieci z królewiczem. Mijały miesiące, ale królewna pozostała nadal smutna i coraz bardziej traciła nadzieję.

Pewnego dnia, kiedy na niebie nad zamkiem pojawiła się tęcza, królewna przypomniała sobie jak bardzo kiedyś lubiła chodzić na plac między zamkiem a katedrą. Wyszła więc i chodząc po placu rozmyślała o tym jak wiele się zmieniło w jej życiu przez ostatnie lata. W katedrze kończyły się właśnie modlitwy i królewna omal nie wpadła na wychodzącego staruszka. Był to skromny pustelnik, który mieszkał na górze daleko poza miastem.
- Co ojciec tu robi? Opuścił ojciec pustelnię? – spytała królewna.
- Nie, moja droga. Ta tęcza jest taka piękna, że chciałem koniecznie zobaczyć ją przez witraże katedry. A czemu ty jesteś smutna królewno? Wyglądasz, jakbyś straciła całą nadzieję.
- Bo tak właśnie jest! – powiedziała nagle królewna, sama zaskoczona tym co mówi.
- To znaczy, że coś odbiera ci wolność królewno.
- Czy wiesz jak mogę się uwolnić, jeśli będę wiedziała co to?
- Każdy ma swoją drogę do wolności. Moją jest pustelnia.
Królewna długo o tym myślała i choć wiedziała, że chce żyć inaczej, zupełnie nie wiedziała jak to osiągnąć. A im bardziej starała się wyplątać z relacji z królewiczem, tym on bardziej starał się być więcej i częściej przy jej boku. A może i nie starał się jakoś szczególnie, ale tak już życie królewny wyglądało. A i ona sama raczej myślała, że po tym wszystkim co się wydarzyło, nie może już żyć inaczej. Bo przecież cofnąć czas i wszystko cudownie odmienić można tylko w bajkach.

Podobnych opowieści jest dużo. Na pewno znacie opowieść o radosnej Teresie i jej przyjaciółce smutnej Małgorzacie. Małgorzata mieszkała w wieży i taką już miała naturę, że była smutna i wiecznie czuła się samotna. Nie wychodziła też z wieży, bo dla niej nic nie miało sensu, jak mówiła. Otwierała tylko okienko pod dachem i śpiewała pieśń o swojej samotności. O tym, że nikt jej nie kocha i nie ma przyjaciół. A kiedy pełna życia Teresa usłyszała jej pieśń, postanowiła zaprzyjaźnić się ze smutną Małgorzatą i udowodnić jej, że życie jest inne niż się jej wydaje. Skończyło się tak, że Teresa zamieszkała razem ze smutną przyjaciółką w wieży. Odsunęła się od dawnych znajomych. bo nie byli na odpowiednim dla niej poziomie i przestała się zajmować tą całą masą głupiutkich rzeczy, którymi zajmowała się wcześniej. Bo życie jest przecież poważne i trzeba być odpowiedzialnym. Siedziała całymi dniami w oknie wieży i kiedy Małgorzata śpiewała swoją smutną pieśń o tym, że nikt jej nie kocha, Teresa tylko przytakiwała. Jakby chciała wszystkim dookoła potwierdzić, jak bardzo smutne życie ma Małgorzata.

A o królewiczu o wspaniałym sercu jak poznał żebraka, który ciągle potrzebował pomocy?

Albo o nieudolnym pijaku, który miał tak trudne życie, że stale spotykały go przeciwności? Na szczęście zawsze spotykał ludzi, którzy pomagali mu wygrzebywać się z coraz to kolejnych kłopotów. No i z biedy, która ciągle go prześladowała.

A może znacie tę o kobiecie, która opiekowała się swoim synem, a była tak dobrą matką, że zawsze wiedziała najlepiej co jest dla niego dobre? Zajmowała się nim z wielkim zaangażowaniem i poświęceniem do późnej jego starości. Bo nie poradził sobie, jak często mawiała, ze znalezieniem odpowiedniej dla siebie żony.

Zasada 3m

W niedawnej rozmowie z piękną panią przypomniałem sobie taką poradę, którą kiedyś usłyszałem od mądrego człowieka i zastosowałem w praktyce. Najpierw, żeby zweryfikować czystość intencji jednej miłości, potem innej, jeszcze innej… Ech, młodość.

Zasada trzech „M” brzmi tak. Pamiętaj: miłość, małżeństwo, maleństwo. W tej kolejności. Inaczej się wszystko miesza.

Takie proste, praktyczne. Prawdziwe. Myślałem sobie, że dziś to wszyscy już wiedzą, a tu rozmówczyni mówi, że pierwsze słyszy o takim podejściu. A wszak to nie dziewczę płoche i coś niecoś już w świecie przeżyła.

To ja powiem tak. Ja bym to nazwał ideałem, idealnym przypadkiem miłości małżeńskiej. Czyli takiej, na jaką ma nadzieję większość par zakochanych. Ideał, bo jest to naturalna kolejność i skutecznie działa, daje największe szanse na szczęście.

Załóżmy, czysto hipotetycznie, że może się gdzieś i komuś zdarzyć, oczywiście nie w naszym katolickim kraju, że zamieni mu się w życiu drugie EM z trzecim i będzie Miłość, Maleństwo, Małżeństwo. Albo, tak jak się często oskarża dawne, zaściankowe i krzywdzące przecież, zwyczaje, że najpierw będzie Małżeństwo (np. zaplanowane przez rodzinę) a potem albo Miłość, albo i Maleństwo najpierw.

W pierwszym przypadku rysa, na którą się czasem skarżą ludzie w związkach, polega na tym, że czują się „złapani na dziecko”. Albo złapani na seks. Czasem od pierwszej chwili, od pierwszego razu, czasem po latach, przychodzi myśl, że trzeba być razem, że tylko dlatego zostaliśmy razem. Jak nie przyjdzie sama, to życzliwe osoby chętnie ją podpowiedzą. A to przed ślubem, w ich mniemaniu wymuszonym, chcą uchronić, a to uświadomić, że dziś nowoczesność mamy i nie trzeba wychodzić za swojego pierwszego, a to że dziecko może mieć dwa domy. A czasem po prostu ze zwykłej zazdrości. Chciałem powiedzieć życzliwości, żeby uchronić przed błędem życiowym młodą parę. No i potem przychodzi taki mąż i ojciec w tak zwanym kryzysie wieku średniego i mówi, że on to chyba tylko tak przez to, żeby dziecko ojca miało. Albo żeby zalegalizować to co robił, żeby tak „na legalu” można już było. „Przypomniał sobie życzliwie zapodany pomysł i w czasie trudniejszym ożyło dziadostwo” – tak sobie zazwyczaj myślę, kiedy słyszę takie słowa. Ten tak zwany kryzys wieku średniego u mężczyzn to w ogóle jest ciekawy temat. Część literatury używa nawet nazwy „demon południa”. Ciekawy, bo ostanio słyszę to i od kolegów, co ledwie trzydziestkę przekroczyli, więc raczej nie podpadają wiekowo. Chyba, że i tu akceleracja, jak z nastolatkami, nastąpiła.

Tak czy siak, problem w tym przypadku polega na tym, że może się komuś wydawać, że decyzja (małżeństwo) została podjęta już po czynach. Czyli jakby wymuszona. Nad tym „jakby” pracuje się w terapii.

Zachowanie kolejności „trzech Em” ułatwia, bo takiego pomysłu raczej wtedy nie będzie miało żadne z małżonków.

Zamiana kolejnością Małżeństwa z Miłością daje głównie to, że trzeba, o tę drugą zwłaszcza, mocniej się starać. Zakochanie i cały burzliwy uczuciowo romans przed małżeństwem, daje świetne wspomnienia. I czasem, jak się zdarzą takie dni, przynajmniej do tego jednego można myślą wrócić. Jak się jest zakochanym przed, to łatwiej zakochiwać się na nowo – w żonie i mężu w trakcie życia razem. A po śmierci, zawsze jest powód do wdowiego rumieńca na wspomnienie. Ale są też prawdziwi twardziele, którzy w zaplanowanym małżeństwie, wypracowali naprawdę godny pozdroszczenia romans.

Dla młodych:
Upieranie się na kolejność trzech M (Miłość, Małżeństwo, Maleństwo) jest świetnym sposobem na sprawdzenie jakości kandydatki i kandydata, intencji i siły zaangażowania. Obserwuję znajome mi małżeństwa, które znam od czasów mocno przed małżeńskiech i mniej więcej znam ich historie – gdzie kolejność była różna, tam i różnie to wygląda dalej. Po prostu muszą trochę więcej potem się starać, tak mi to wygląda.