Zasada 3m

W niedawnej rozmowie z piękną panią przypomniałem sobie taką poradę, którą kiedyś usłyszałem od mądrego człowieka i zastosowałem w praktyce. Najpierw, żeby zweryfikować czystość intencji jednej miłości, potem innej, jeszcze innej… Ech, młodość.

Zasada trzech „M” brzmi tak. Pamiętaj: miłość, małżeństwo, maleństwo. W tej kolejności. Inaczej się wszystko miesza.

Takie proste, praktyczne. Prawdziwe. Myślałem sobie, że dziś to wszyscy już wiedzą, a tu rozmówczyni mówi, że pierwsze słyszy o takim podejściu. A wszak to nie dziewczę płoche i coś niecoś już w świecie przeżyła.

To ja powiem tak. Ja bym to nazwał ideałem, idealnym przypadkiem miłości małżeńskiej. Czyli takiej, na jaką ma nadzieję większość par zakochanych. Ideał, bo jest to naturalna kolejność i skutecznie działa, daje największe szanse na szczęście.

Załóżmy, czysto hipotetycznie, że może się gdzieś i komuś zdarzyć, oczywiście nie w naszym katolickim kraju, że zamieni mu się w życiu drugie EM z trzecim i będzie Miłość, Maleństwo, Małżeństwo. Albo, tak jak się często oskarża dawne, zaściankowe i krzywdzące przecież, zwyczaje, że najpierw będzie Małżeństwo (np. zaplanowane przez rodzinę) a potem albo Miłość, albo i Maleństwo najpierw.

W pierwszym przypadku rysa, na którą się czasem skarżą ludzie w związkach, polega na tym, że czują się „złapani na dziecko”. Albo złapani na seks. Czasem od pierwszej chwili, od pierwszego razu, czasem po latach, przychodzi myśl, że trzeba być razem, że tylko dlatego zostaliśmy razem. Jak nie przyjdzie sama, to życzliwe osoby chętnie ją podpowiedzą. A to przed ślubem, w ich mniemaniu wymuszonym, chcą uchronić, a to uświadomić, że dziś nowoczesność mamy i nie trzeba wychodzić za swojego pierwszego, a to że dziecko może mieć dwa domy. A czasem po prostu ze zwykłej zazdrości. Chciałem powiedzieć życzliwości, żeby uchronić przed błędem życiowym młodą parę. No i potem przychodzi taki mąż i ojciec w tak zwanym kryzysie wieku średniego i mówi, że on to chyba tylko tak przez to, żeby dziecko ojca miało. Albo żeby zalegalizować to co robił, żeby tak „na legalu” można już było. „Przypomniał sobie życzliwie zapodany pomysł i w czasie trudniejszym ożyło dziadostwo” – tak sobie zazwyczaj myślę, kiedy słyszę takie słowa. Ten tak zwany kryzys wieku średniego u mężczyzn to w ogóle jest ciekawy temat. Część literatury używa nawet nazwy „demon południa”. Ciekawy, bo ostanio słyszę to i od kolegów, co ledwie trzydziestkę przekroczyli, więc raczej nie podpadają wiekowo. Chyba, że i tu akceleracja, jak z nastolatkami, nastąpiła.

Tak czy siak, problem w tym przypadku polega na tym, że może się komuś wydawać, że decyzja (małżeństwo) została podjęta już po czynach. Czyli jakby wymuszona. Nad tym „jakby” pracuje się w terapii.

Zachowanie kolejności „trzech Em” ułatwia, bo takiego pomysłu raczej wtedy nie będzie miało żadne z małżonków.

Zamiana kolejnością Małżeństwa z Miłością daje głównie to, że trzeba, o tę drugą zwłaszcza, mocniej się starać. Zakochanie i cały burzliwy uczuciowo romans przed małżeństwem, daje świetne wspomnienia. I czasem, jak się zdarzą takie dni, przynajmniej do tego jednego można myślą wrócić. Jak się jest zakochanym przed, to łatwiej zakochiwać się na nowo – w żonie i mężu w trakcie życia razem. A po śmierci, zawsze jest powód do wdowiego rumieńca na wspomnienie. Ale są też prawdziwi twardziele, którzy w zaplanowanym małżeństwie, wypracowali naprawdę godny pozdroszczenia romans.

Dla młodych:
Upieranie się na kolejność trzech M (Miłość, Małżeństwo, Maleństwo) jest świetnym sposobem na sprawdzenie jakości kandydatki i kandydata, intencji i siły zaangażowania. Obserwuję znajome mi małżeństwa, które znam od czasów mocno przed małżeńskiech i mniej więcej znam ich historie – gdzie kolejność była różna, tam i różnie to wygląda dalej. Po prostu muszą trochę więcej potem się starać, tak mi to wygląda.

Ti, ti, ti, Polaczku!

Dostałem propozycję napisania czegoś o karze i karaniu. Pierwsza myśl to oczywiście nie pisać absolutnie nic w tym temacie. I to z kilku powodów. Po pierwsze nie jestem żadnym zwolennikiem tak zwanego zakazu karania (potem wyjaśnię dlaczego tak zwanego zakazu), a to dziś jest równie nie w modzie co szanować dwie skrzyżowane ze sobą deski na kształt krzyża. Po drugie temat kary wśród psycholożek (tak, tak, mówiąc psychologia powinniśmy mieć na myśli psycholożki, nie psychologów – ujmując delikatnie, panuje w tej dziedzinie tak zwanej nauki, dosyć niekorzystna proporcja kobiet do mężczyzn) budzi dużo niezdrowych emocji, a te jak wiadomo wchodzą w drogę rozumowi, więc po co czytać. Po trzecie jestem mężczyzną, więc w domyśle – tu znów trzeba oddać zasługi feministkom i psychologii – tym złym, zwyrodniałym, agresywnym i plugawym samcem. Wszak wszystko to wina testosteronu przecież. Albo i błędu w ewolucji. A po czwarte można jeszcze dodać, że katolik. No to już na pewno i zwolennik przemocy i bicia dzieci.

- Słyszała Pani, ci z krakowskiego przedmieścia to w dodatku biją dzieci.
- No co też Pani?!
- Tak, tak. W dodatku twierdzą, że im wolno, że tak napisano w biblii.
- W jakiej znów biblii, to jakaś nowa gazeta?
- Gdzie tam, to ta ich święta księga. Wie Pani, testament.
- A ta, wiem. A o czym to?
- No o Żydach!
- To łachudry, powiem Pani. Żeby tak małe dzieci…

Zadzwonił dziś starszy Pan G. Tu winny jestem wyjaśnienie. Opowieść o dwóch Panach G. dość długo czeka w poczekalni – mam nadzieje, kiedyś się do niej zbiorę. Prosta historia dwóch prostych facetów, którzy dla miłości zmienili wszystko. Mam na myśli Wszystko.

Córki oznajmiły mu, że ta miłość do niego to taka trochę na niby i że jak jest ok i wygodnie, to one chętnie, a jak jest wygodniej gdzie indziej lub na innych warunkach, to one tam chętniej. Osobiście mam nadzieję, że to głupie gadanie młodych kobietek, które więcej szukają i pytają w ten sposób, niż dwie kolejne, które pójdą na transakcje w życiu zamiast miłości. W każdym razie zabolało i dobrze to rozumiem.

Pan G. nie wie, czy nie powinien być bardziej surowy, postawić jakieś granice, tak, żeby bardziej zaistniała sprawiedliwość, niż tylko łagodne rozpieszczanie kogoś, kto być może za dużo i za łatwo dostaje. Słowem, czy nie powinien jakoś zastosować środka kary.

Kara wywołuje emocje

To była ostatnia inspiracja do tego, żebym jednak coś napisał. A przez cały ten miesiąc widziałem tak dużo przykładów postępowania kara / nagroda, że nie sposób tego spisać. Przede wszystkim w telewizji… Tej samej, która z lubością krytykuje karanie i z taką samą lubością rozpatruje jak należałoby ukarać tego polityka, tamtego pijanego kierowcę i tamtą zwyrodniałą matkę, która chce mieć aż trzecie dziecko. Ale i na poczcie, przy kontroli drogowej, w wielu rodzinach, na ulicy. Sam zostałem ukarany przez kilku kierowców – a to klaksonem, a to energicznymi gestami z wytłumionym dźwiękiem przez zamknięte szyby itd.

Na poważnie: kara jest wszędzie tam, gdzie są relację społeczne. I nie ma od tego odwrotu. Kara jest wpisana w istotę relacji stadnych. Tylko trzeba umieć ją zwyczajnie zauważyć. Bez lęku, który kara ma wywoływać, dokładnie takie jej zadanie, dostrzec i umieć rzeczowo o niej mówić. Karanie to wszelkie zachowanie, które ma, za pomocą wywołania jakiegokolwiek przykrego uczucia w karanym, dać mu do zrozumienia, że jego zachowanie jest niepożądane i zazwyczaj jednocześnie wywołać w karanym zmianę tego zachowania.

Takie zdanie naukowe mi wyszło, ale mam nadzieję, że, choć gęste, będzie zrozumiałe.

Jesteśmy społeczeństwem psychologicznym. Jednym z objawów tego jest zmiana znaczenia słów w kierunku odczuciowym. Czyli, mamy słowo KARA, a więc BÓL, który jeden zadaje drugiemu, a to znaczy PRZEMOC. A jak przemoc, to na pewno fizyczna. W takim razie ZAKAZAĆ! A w domyśle, że to dotyczy mężczyzn, bo wiadomo, tylko ojciec jest zdolny do takiego OKRUCIEŃSTWA, przecież nie MATKA, CZUŁA I KOCHAJĄCA. Proszę teraz przeczytać tylko te wyróżnione słowa. Tak właśnie działają skróty myślowe, oparte na emocjach. A to, że nie są prawdziwe, to już nikogo nie musi interesować. Tu chodzi o przekaz. Tak samo buduje się propagandę.

Kara i przemoc to nie to samo

Czasem na zajęciach, zazwyczaj przy okazji tematu gniewu i agresji, poruszamy temat agresji wśród zwierząt stadnych. Mają jedną wielką zdolność – w zasadzie bezbłędne mechanizmy zatrzymywania agresji innego osobnika wobec siebie – pokazują, że się poddają i agresor przestaje atakować. Z naszym gatunkiem jest inaczej. My mamy o wiele bardziej rozbudowane zdolności dystansowania się do naszych popędów i potrzeb. Przykład potrzeby  jedzenia i anoreksji.

Tam, gdzie przemoc nie jest konieczna, tam jest zła. A nie, że przemoc jeśli jest, to już jest zła. Jeśli ktoś wyznaje to drugie, jest w błędzie. Niestety dziś słyszy się takie pomysły często. Gdyby to była prawda, że przemoc jest zawsze zła, powinniśmy zakazać policjantom łapać przestępców, zlikwidować więzienia, absolutnie zakazać przywiązywania pacjentów do łóżek, gdziekolwiek takie ciemne praktyki jeszcze się stosuje, zakazać wojen, szydzenia z innych, obgadywania, wyśmiewania, popychania itd. Czyli zlikwidować media, wszelkie instytucje przymusu i nakazu, prawo, nauczycieli, rodziców, dzieci też na wszelki wypadek, gdyby chciały szydzić z innego dziecka albo zabrać mu zabawkę. To może najlepiej powtórzyć Hiroszimę tylko w skali całego globu i zahaczyć orbitujących ewentualnych kosmonautów tam w górze.

Fakt, przynajmniej skończyłby się ten bełkot o tym kto jest cudownym politykiem, a kto jest idiotą i czyj to jest samolot oraz komu powinienem oddać swoje pobory – ZUS, KRUS, czy fiskus (oczywiście na biednych emerytów i chore dzieci) Ach, rozmarzyłem się.

Żarty żartami, ale pomysł naprawy życia i planety przez zlikwidowanie życia na niej, nie jest ani nowy ani nierealny. I obecny dość mocno w niektórych prądach myślowych.

Oczywiście na początku chodzi tylko o „zlikwidowanie zagrożenia”, pojedynczego wroga.

Przykłady z historii. Mamy problem z Polakami? To uczyńmy ich biednymi, inteligentnych zabijmy lub wygońmy z kraju i po kłopocie (dla niewtajemniczonych jest to odwieczna opowieść naszego kraju, niepokojąco regularnie nawracająca). Żydzi są zbyt liczni? I na to znajdzie się rozwiązanie. Przeszkadzają nam Serbowie? I tak dalej.

Najdobitniej te myśli zawarte są moim zdaniem w filmach katastroficznych typu „kto przejmie po nas władanie nad planetą”. Artyści lepiej potrafią zobaczyć coś z wyprzedzeniem czasowym.

Władza

Wracając do kary. Mamy przykład takiej Szwecji, w której wprowadzano różne zakazy karania. Już wiadomo, że przyniosło to wiele niedobrych owoców. Cóż, myślenie było proste: skoro kara to przemoc, a przemoc to zło, ukarajmy tych, co stosują przemoc. Czyli przemocą chciano zlikwidować domniemaną przemoc. Domniemaną, to ważne, że nie realną, tylko zakładaną. W tego typu rozwiązaniach po prostu odwracają się role. Zamiast rodzica, który chce ukarać dziecko za coś, co zrobiło nie po jego myśli, mamy dziecko, które karze rodzica strasząc, że zadzwoni na policję i powie, że jest bite, wymuszając w ten sposób, żeby rodzic robił to, co jest po myśli dziecka. W Polsce nie mamy jeszcze zbyt licznych takich sytuacji, ale mamy już od wielu lat analogiczne przy przemocy małżeńskiej. Tfu, chciałem powiedzieć partnerskiej, żeby uwzględnić też konkubinat. Ale pamiętajcie, tylko zarejestrowany w odpowiednim urzędzie.

Zagłębiam się ostatnio w ramach pracy w różne regulacje prawne – m.in. kodeks pracy, cywilny, postępowania administracyjnego, wykroczeń, ustawy podatkowe i kilka innych. Cały ten system w nich opisany, to bardzo rozbudowany system wyznaczania kar za bardzo drobiazgowo wyliczone tzw. złe uczynki. Wszystko oczywiście w imię dobra dla obywatela. No i słusznie przecież, bo prawo od tego jest, żeby zabezpieczyć interesy określonych grup. Tylko zawsze czyimś kosztem. Ktoś chce być tym na końcu?

 

Kasia

Dziś rano zmarła nasza przyjaciółka, odkąd ją znaliśmy chora na anoreksję. I już jej nie ma między nami. Wierzących proszę o modlitwę za jej duszę.