Szaleństwo Powstania

Trochę kontynuując wątek. Wychowany w propagandzie komunistycznej i z nieszczególną sympatią do nauki (i tak zakłamanej) historii w szkole, o Powstaniu Warszawskim nie wiedziałem nic.

Gdzieś może po 80-tym roku, w paśmie telewizji edukacyjnej widziałem jakieś wzmianki. I tyle. Dopiero mieszkając w Warszawie miałem szansę cokolwiek zrozumieć. To naprawdę jest miasto na krwi i grobach zbudowane. Ziemia obficie nawożona trupami, albo popiołami z trupów, miasto gruzów, które w dużej części są przysypane po prostu nawiezioną ziemią i na tym zabudowane na nowo.

Swoją drogą bardzo interesujące było i jest dla mnie obserwowanie tego jak w tym mieście ścierają się ze sobą duchy przeszłości i niby-nowoczesności. Czyli tradycja i martyrologia z domieszką mesjanizmu versus post-modernizm w wydaniu socrealizmu przemalowane dzisiejszym konsumpcjonizmem. Jedno chce opomnikować i otablicować każdą bramę, zaułek i plac, składać wszędzie wieńce i palić znicze; drugie wykasować wszystko łącznie z pamięcią ludzi, weteranami (i emerytami przy okazji z ulic), zburzyć wszystko co passe i zabudować jeszcze raz kolejną odmianą 200% normy i postępu – czyli biurowcami alá metal i szkło, a cmentarze usunąć pod nowe linie metra i drogi szybkiego ruchu. Tak bardzo zresztą potrzebne w tym mieście.

Przy okazji kolejnych rocznic temat Powstania Warszawskiego jest ożywiany w mediach i, zależnie od nastrojów, raz przeważają głosy o wielkim bohaterstwie i słuszności całej sprawy, raz o wielkiej głupocie i poświęceniu żyć wielu, bardzo wielu, spośród nas w imię polityki.

Pomagam teraz pewnemu młodzieńcowi, który ma zdiagnozowaną schizofrenię, poukładać trochę jego wyczucie rzeczywistości. Najchętniej wybrałby którąkolwiek ze skrajności, bo tak, zdaje się, byłoby mu najprościej. Wiedziałby co robić dalej, jak żyć. To samo dotyczy nas wszystkich – naszej kultury. Wydaje się, że nie da się stać okrakiem, jedną nogą w przeszłości, a drugą iść ku „nowocześności”, trzeba się zdecydować. Inaczej nogi się nam rozjadą i tyle. Zresztą kochana psychologia chętnie idzie nam z pomocą „musisz jasno określić swoje cele, poznać swoje pragnienia i zdecydowanie i konsekwentnie iść za tym i się realizować”.
Moim zdaniem ta sprzeczność – tradycja vs nowoczesność – jest pozorna. Metaforycznie mówiąc, nie ma problemu w tym, że jedną nogą tkwię w przeszłości, a drugą już wyrywam się w daleka przyszłość, bo od miłości nie są nogi, tylko serce. A o miłości ojczyzny, o patriotyzmie tu mówimy. Jest tak, jak nieraz mówią: historia jest najlepszą nauczycielką – tego jak budować przyszłość również.

W każdym razie, słuchałem dziś tego klekotania czy Powstanie było „ok”, czy „ble” i zdałem sobie sprawę z tego, że nasze zrywy podczas śmierci poprzedniego papieża i teraz, po katastrofie pod Katyniem, w zasadzie niewiele odbiegają od tego zrywu Powstania Warszawskiego i innych. Nie każde powstanie było przecież długo przygotowywane i planowane. Powstania „wybuchają”, bo ludzie dają się ponieść doświadczeniu czegoś ważnego i czegoś cennego dla nich. Czasem nie do końca to wiedzą. Po prostu doświadczają i idą za tym całym sercem. Broń tylko inna – kosy, karabiny, butelki z benzyną, dziś szczekanie i plucie słowami przeciwników na antenie tv czy radia… I tak jak wtedy uczestnicy i obserwatorzy, tak i dziś komentatorzy, politycy, media, a w przyszłości historycy, próbują lansować w imię swoich interesów oceny takich zrywów. „Słomiany zapał”, „nic to nie zmieni”, „samobójcza decyzja”, „bezsensowna śmierć”, etc. Głosy, które próbują nauczyć nas, że w życiu nie ma sensu szaleć ani walczyć.

Na szczęście czasem ktoś przypomni, że miłość wymaga takich zrywów, szaleństwa ryzyka wszystkiego, własnego życia też. A uleganie wątpliwościom i niby samozachowawczym teoriom, jakoby nie było warto, w zasadzie zabija tylko moją umiejętność kochania. Czasem trwale.
Pewnie, po co mieć nieobliczalnego ukochanego? To takie niewygodne. Albo nieobliczalny naród? Grupę konsumentów?

Jako ilustrację nowoczesnych przemian, a także wartości stempelków na dokumencie i tego co na to wszystko serce, Krecik w mieście.

Twój komentarz...?